Witajcie ponownie. A raczej – Witam Was ponownie!

Dziś chciałbym opisać kolejny wypad ekipy pod wezwaniem „Ja chcę do mamy!”.
Na naszej grupie gdzie wymieniamy się wszystkim prócz..(nieważne) Stasiek zapodał propozycję 26-tego Sierpnia 2018 (daty są ważne, o czym się przekonacie później 😛 ) aby pojechać i zdobyć ścieżkę „Oko Kozłowa„. No to git… Wszyscy przyklasnęli z entuzjazmem, bo to wysoko i urbexy i w ogóle…
Po ciężkiej dywagacji ustaliliśmy termin wyjazdu na 22-23 Wrzesień. No i gicior. Linki, krótkofalówki, śpiwory, konserwy, koks…a nie… koksu nie braliśmy…
Ale to byłoby zbyt proste? Prawda?
OTÓŻ 19-tego WRZEŚNIA WERRONA NAPISAŁA NA GRUPIE!!!

Werona mieszna na FB

Seems Legit! TRZY dni przed wyjazdem następuje reset i zmieniamy cel wyprawy. Co to dla nas… No i się udało wszystko przemodelować.
Spotkanie ekipy opolskiej (belkaa i ja) oraz mazowieckiej (Werrona,stasiekm i p_nowik) ustaliliśmy na późny wieczór w Piątek 21.09.2018.
Z mojej strony to było naprawdę karkołomne zważywszy na fakt, że w Piątek rano byłem jeszcze na promie płynącym ze Szwecji. Do domu wpadłem jak po zapałki (o czym będzie później) i około 21-wszej odebrał mnie belkaa swoim belkowozem. Przerzuciłem z bagażnika swojego auta co popadło (o tym znamiennym fakcie też później), szybkie zakupy w markecie i odjazd…
Podróż zajęła nam około dwie godziny. W pakiecie dostaliśmy konkretną burzę w okolicach Strzelina, ale nie zatrzymało nas to i parliśmy w ciemności dalej.

Werrona komplikując nasze plany sprawiła, że nie mieliśmy TOTALNIE pomysłu na noclegi. Ja jeszcze w dzień, będąc w drodze ze Świnoujścia w chwilach przerwy gorączkowo przeglądałem Google oraz mapy aby coś wynaleźć. W końcu się udało. Obóz mieliśmy rozbić na „walimskich patelniach” czyli na parkingu leśnym przy drodze z Dzierżoniowa do Walimia.
Słoiki były na miejscu prędzej i stwierdziły, że miejscówka spalona bo zaorane i w ogóle „nincze parking„.
Weronika przypomniała sobie, że w Walimiu Niemen stworzył ścieżkę na piekarni i budynek jako-tako spełnia kryteria noclegowni.
Po radosnym spotkaniu i przywitaniu zrobiliśmy najpierw legowisko (Stasiek, Paweł i ja). Do tego celu użyliśmy sławnej już w pewnych kręgach niebieskiej plandeki, która nie raz ratowała nam już tyłki.

Ekskluzywny apartament z plandeki. Poproszę z widokiem na gruz.

A Weronika i Krzysiek rozbili namioty. Zaprawdę widok namiotu rozbitego na betonowej posadzce urbexa zrobił nam dzień. Belka dostał nawet od nas w prezencie wycieraczkę pod nogi.

Belka musiał wszystko mieć tip top. Nawet wycieraczkę z gumolitu 🙂

Gdy spanie mieliśmy już odhaczone przystąpiliśmy do zdobywania keszy Niemena. Naturalnie jako że kesze były trudne – każdy z nas (prócz Krzyśka) wypił bukłaczek soku z gumijagód, czyli tzw „GARNUCHA”

Kolejka do garnucha. Paweł już czeka z niecierpliwością na swoją porcję soku z gumijagód

Kesze były trudne i brudzące, niemniej w takim kolektywie musiały się szybko nam poddać.
Ofiary: Stach który testował na swoim ręku rękawice odporne na przecięcie nożem (testował nie tę stronę co trzeba) i Weronika która nabiła sobie guza o ścianę, gdy próbowała wspiąć się po jakimś biednym kawałku izolacji od kabla na dach…
Ogólnie nasze komentarze można poczytać na OC.

Gdy człowiek bawi się w bociana to wiedz, że coś dzieje się…

Nowy dzień – Nowa przygoda.
Ruszamy na dwa auta zdobywać Opensztolning… Tzn najpierw na stację benzynową odwiedzić kibelek, napić sie kawy, soku z pomirdola i inne takie gusła na odczynienie porannego niedysponowania.
Auto belki zostawiamy na stacji, bo ogólne wrażenie wzrokowo-słuchowe to ten samochód robi niezbyt takie fajne 🙂
Pierwszy keszKrasnoludzki bruderszaft – AER„. Po drodze Weronika marudziła, że te zakręty i serpentyny są zabójcze dla jej żołądka.
Na miejscu szybkie ogarnięcie sprzętu wodno-oświetleniowego i ruszamy spod przystanku PKS w górę zbocza. Tutaj trafił się nam certyfikat który został przeze mnie spożyty przy innym keszu…

Belka przed wejściem do krasnoludów zastanawia się czy zakręcił gaz i wyłączył żelazko.

Karol podarował Weronice nowe rękawice, więc trzeba się pochwalić.

Teraz małe wyjaśnienie mojego stwierdzenia „o tym później„… Otóż byłem tak zaaferowany i zakręcony wyjazdem (mało czasu, etc) że nie wziąłem kilku bardzo ważnych rzeczy.
W sumie pół biedy że śmigałem jako jedyny w krótkich spodniach, ale zapomniałem ze swojego auta kasku i góry od OPeka. Cud to był, że belkaa woził moje „spodnie” w swoim bagażniku od poprzedniego wyjazdu.
Zapomniałem też innych drobiazgów, ale mimo to z podniesioną głową stawiłem czoło trudnościom losu.

Ok, wracamy do opowieści…

Po krasnoludzie kopsnęliśmy się na „Sztolnia Marie-Agnes„. Cóż to za fantastyczna idea. Chodnik spacerowy i obok dziura do sztolni…
Miejsce skradłoby mi serce i duszę gdyby nie jeden mały, aczkolwiek uciążliwy zgrzyt. Ktoś w środku zrobił sobie grubszą sprawę i zapach był taki, że aż moje oczy zaszły musztardą i się zrobiły skośne.
Na szczęście ruch naszych ciał stworzył namiastkę przeciągu i już po paru minutach można było oddychać bez maski tlenowej zrobionej z koszuli.

Hasztagi: BHP, nie wpadnij, nie zmoknij, uważaj

Następnie zapakowaliśmy się do automobili i udaliśmy się do Wałbrzycha, aby tam dokonać czystki na mapie keszy oraz przeprowadzić akcję typu „nocleg”.
Żeby zredukować koszty oraz usprawnić przemieszczanie – zostawiliśmy belkowóz na stacji benzynowej, a dalej przemieszczaliśmy się w piątkę stachowozem. Co prawda było ciasnawo, ale kameralniej 🙂

Na pierwszy ogień poszedł „Schron przy ul. Żelaznej„. Aby odnaleźć wejście podzieliliśmy się na dwie równe grupy. My w czworo facetów poszliśmy na lewo, a werrona w prawo. I gdy już nieustraszona keszerka doszła chyba do Walimia szukając wejścia, my je znaleźliśmy pierwsi.
Budowa schronu typowa, w kształcie litery „U”, z dwoma wejściami (jedno zamurowane, z dziurą). W środku wilgotno, ale daliśmy radę bez gumiaków. Musieliśmy tylko większość drogi pokonać po gruzie przy ścianie.

Prawie jak piec chlebowy 🙂

Panie Karol a kask to gdzie?

Potem podjazd do kesza „U Rüdigera„, gdzie jak się okazało spóźniliśmy się o włos. Ktoś dosyć niedawno zasypał wejście i wyrównał teren ciężkim sprzętem.

U Rüdigera NINCZE!

Po telefonicznej naradzie z ojcem założycielem ścieżki stwierdziliśmy, że logujemy DNFa (jedynego na tym projekcie póki co). Na otarcie łez szarpnęliśmy schowany w pobliżu „Sztolnia na Wołowcu. Tunel kolejowy„. No ale niesmak pozostał…

Następnie opuściliśmy Wałbrzych, aby pojeździć po dalszej i bliższej okolicy. Następny w kolejce był keszRybnica Leśna – AER„.
To jeden z moich faworytów w tej ścieżce… Zamiast się rozpisywać, wkleję link do mojego wpisu na stronie kesza.
Traktujcie to jako opis 🙂

OBORZETUCHOLSKI Jak mi się tu podobało. Najmniej samo podejście z drogi bo z moim skapiszonowanym kolanem to średnia przyjemność.Niemniej jednak gdy dotarliśmy na miejsce to w oczy rzuciły mi się trzy rzeczy… Wielka hałda nieopodal wejścia, jakieś ludki kręcące się przy wejściu, samo miejsce (wejście).

Jaka hałda jest – każdy widzi…. A ludki? Z daleka wyglądali na grupę speleologów z certyfikatami NASA na eksplorację jaskiń na Marsie. No właśnie…z daleka… Gdy podszedłem bliżej okazało się, że najbardziej wyposażony „speleolog” miał na sobie wodery i kask budowlany. Reszta w dżinsach, a jeden owinięty folią NRC. SZACUN!!!!

Samo wejście – Dla mnie to takie werble przygrywające na początek. Kępa drzew pośrodku „nigdzia” i wśród kępy drzew otoczonych resztka przerdzewiałej siatki betonowy właz… To działa na wyobraźnię. W środku chybotliwa „kładka” (UWAŻAJCIE – STAWIAJCIE NOGI NA JEJ ŚRODKU!), potem dwa murki do zdobycia za pomocą drabinki i sztolnia otwiera przed nami swoje podboje.

Pierwsze wrażenie po wejściu do wody:

MOJE COJONES!!!!!
Naturalnie po co zakładać pod wodery długie ciepłe spodnie jak można iść w krótkich „emkach”?
Miałem wrażenie, że moje klejnoty rodowe schowały się gdzieś w okolicach wątroby…
Sztolnia super, Nawet z moimi gabarytami nie musiałem za bardzo się schylać – na plus.

No i jak już Werrona wspomniała – to nasza grupa odnalazła kesza, potem musieliśmy odnaleźć Belkę który doszedł chyba do Walimia, potem ukryliśmy kesza, wspólna fotka i wyjście…

Niestety moje wodery się poddały na tej skrzynce (wodoodporność level 0 – wodę wpuszczają i nie wypuszczają)
Polecam tego kesza jak i lokację. Dzięki!

 

Parę fotek z Rybnicy:

Z torbami jak ruskie na dworzec…

Takie klimaty lubimy

Stylówa gumowa

Czy może być piękniej? Skały, czysta woda… Słońca brak. Ale po co komu słońce jak się ma czołówkę?

Podziemne selfiki grupowe zawsze na propsie

Za chwile Stach zniknie za murkiem bez użycia drabiny. Zdjęcie kolorowane

Jak się przekupuje konie? A może udawać trupa?

YOU SHALL NOT PASS!!!! Albo posmyraj po pysku człowiek i idź w pokoju!

 

Robi się późna pora (tzn wtedy się robiła), czasu coraz mniej… Trzeba zgęścić ruchy.
Następne w kolejce były kesze: „Filary ziemi – AER„, „Speleocaching – AER„, „Kanał Rodny – katul
Opiszę je zbiorczo. Dojazd wyładowanym sprzętem i ludźmi nisko zawieszonym kombi pod kordy to już było wyzwanie samo w sobie. Potem kesze. Lokacje zapierają dech w piersiach. Szczególnie sala kolumnowa w „Filarach”.
Jest ciasno, mrocznie, niebezpiecznie. Jak ktoś lubi mocne wrażenia – polecam.

Na tym trzyma się płaska Ziemia. Serio!

Była taka zabawka, że trzeba było stukać młoteczkiem w głowy wyskakujących ludzików, a one się chowały…

Im ciaśniej, tym trudniej o prawdziwego selfika

Następnie zahaczając o „Stół Sądowy” (kurde,ale zabytek!) udaliśmy się do Kamiennej Góry aby podjąć tamtejsze dwa kesze ścieżkowe ukryte w schronach.
Nie chcę kopiować tekstu, a nic chyba nie wymyślę aby opisać te miejsca. Co prawda w Kamiennej Górze podobno najlepsze co możemy zrobić to „kupić bilet powrotny do domu”, ale walcie na te skrzynki póki są, bo warto.

Pozwólcie, że wkleję tu tekst z moich logów jako opis tychże skrzynek.

Landeshut – Tunel

Przepraszam z góry mieszkańców Kamiennej Góry, którzy mogą poczuć się urażeni moim opisem.
Nigdy wcześniej nie byłem w tym mieście, ale „ktoś” <-:P podczas jazdy nagadał nam, że jest tam niebezpiecznie, że dziwni osobnicy stoją w bramach i ponuro patrzą na obcych… No cóż… Pora dnia, pora roku i nie do końca działające latarnie sprawiły że wyobraźnia zaczęła działać i chyba widziałem to co mi opisano… Albo się myliłem.
Na miejscu mały „mind fuck”. Wyobraźcie sobie czarnego Opla Vectrę z dwoma antenami na dachu i dziwnych ludzi z niego wysiadających…
Okoliczne małolaty okupujące wejście do schronu chyba wyciągnęły jakieś wnioski z tego bo jednemu aż się pedały w rowerze skończyły tak się ewakuowali. Zostawili nawet kolekcjonerski sprzęt do palenia…
Wejście przez kratę do schronu i…
Coś niebywałego! Można Niemców nie lubić, można czuć do nich awersję… Ale jak coś zbudowali to klękajta….
Nie będę spojlerował, ale Stach zrobił robotę odnajdując kesza.
Potem obowiązkowe zwiedzanie całego systemu i odwrót…

oooo pisiont groszy!!

Czy to ręka inżyniera, czy też natura – robi wrażenie…

 

Landeshut – Pod Górą Widok

Te schrony w Kamiennej Górze są niesamowite.
Ten wykuty w ścianie robił ogromne wrażenie.
Kesz namierzony bez problemu. Na końcu naturalnie zwiedzanie całego obiektu.
Trochę nastroje zepsuła znaleziona na końcu martwa papuga (a raczej jej pozostałości).
Nie wiem co robił tam pirat i czy potem jorgnął się, że z tunelu wyszedł bez pierzaka na ramieniu,

Ogółem to dziwne wrażenie sprawiają. Nie można ich zakwalifikować w żaden sposób. Z jednej strony to kunszt inżynierii, a z drugiej piękne naturalne skały…. Hybryda…

Zmęczeni i już po zmroku dotarliśmy ponownie do Wałbrzycha, aby zdobyć rzutem na taśmę dwa kesze: „Wasserrösche 1” oraz „Wasserrösche 3„.
Kurde przyznam się bez bicia. Nic tak nie zapamiętałem z ich szukania jak podróż pomiędzy tymi keszami 😀
Naturalnie lokalizacje super, tunele robią robotę i polecam gorąco. Ale to jak się przemieściliśmy pomiędzy nimi to ja nie…
Stach stwierdził, że na mapie widzi drogę na skuśkę. Drogą okazał się nasyp po torowisku. Gdy przejeżdżaliśmy nad normalną drogą wiaduktem kolejowym w obładowanym kombi to czułem się
jakbym zjadł jakieś dziwne tabletki. Potem droga zrobiła się tak wymagająca, że musieliśmy odciążyć auto, żeby Stach nógł w ogóle podjechać pod skarpę.
No ale się udało.
Samo umiejscowienie „Wasserrösche 3” trochę psuje klimat. Dookoła domki jednorodzinne i grunta pod budowę… Chyba niedługo kesz zniknie pod jakimś domkiem…

I już chciałem pisać o dalszych keszach, ale przypomniałem sobie że teraz czas na NOCLEG! 😀
Ja sam nie wiem co nami kierowało. W tym wieku to tylko ciepła kwatera, ciepły prysznic, maść na kolana i ziółka na niestrawność…
No, ale nie my. My podjechaliśmy w Wałbrzychu na „Porcelanę
Byliśmy tak wyniszczeni i zmęczeni, że odpuściliśmy tego traila po to, aby złapać parę godzin snu.
W ruch poszła znów niezniszczalna niebieska plandeka Stacha, chociaż Belka z Weronika postanowili znów rozbić namioty na betonie (brawo oni!).

Taki hotel zabukowaliśmy w Wałbrzychu

Na stryszku też szukaliśmy noclegu, ale za dużo kurzu

Lobby, tudzież patio….

Hol hotelowy

Brak moskitiery przeciwko opalaczom kabli…

„Halo! Mama? Tak! Fajny ten hotel. Taki niezbyt duszny. Tak przewiewny taki!”

Ogólna panorama na miejsce noclegowe 🙂

 

Poranek trochę ciężki był, no ale jak się powiedziało „A„, to trzeba powiedzieć „ROWER„. Szybkie pakowanie i wyjazd na resztę keszy z opensztolningu…
Podjechaliśmy najbliżej jak to tylko możliwe (i legalne) pod „Sztolnię Rycerzy” , Stach powiesił na antenie, na dachu wozu majtki (żeby odstraszyć potencjalnych włamywaczy) i udaliśmy się „spacerkiem” na kordy. Po wypluciu płuc dotarliśmy na miejsce. Szybkie przebieranie się w gumowe wdzianka i sru do wnętrza góry.
Obudowa tunelu to coś pięknego. Polecam zobaczyć to na własne oczy!

Sztolnia Rycerzy

Sztolnia Rycerzy

Sztolnia Rycerzy

Sztolnia Rycerzy

Następna sztolnia to „Złote Woły„. Tutaj zrobiliśmy drawjina do miejsca, skąd było jeszcze około 1000m per pedes.
Obładowani linami i sprzętem (tzn Belkę obładowaliśmy) ruszyliśmy na kordy. Na miejscu trochę kręcenia się w kółko bo GPS świrował. Pomogło nam znalezienie dwóch zasypanych studzienek i wytyczenie linii
prostej. Potem poszło jak po maśle. Szybkie montowanie stanowiska i hyc na dół.
Kurde nie mogłem się tam opanować i zrzuciłem Werronie na głowę grzyb (gdy ta już była na dole). No ale miała kask jak coś!!

Idziemy obładowani zdobywać Złote Woły. Tzn Belka obładowany bo najmłodszy!

Halo. Panie skarbniku. Możemy wejść?

Paweł mówi do Weroniki: „Co to kurde jest? Palec?”

Eh te równouprawnienie. Każda by chciała mieć sterczący supeł…

I co on robi?

W korcu maku

Pakowanie lin i mozolna wspinaczka wśród chaszczy do drogi leśnej i dalej do auta…uf uf. Starość nie radość. Kiedyś jak byłem ze 30 kilo młodszy to były czasy…

Potem pojechaliśmy na „Tytusa„. Nad nieregularne i ciasne dziury w ziemi przekładam czyste i przestronne betonowe budowle. Więc tam
czułem się lepiej.
Pozwólcie, że znów wkleję wpis ze swojego logu zamiast opisywać od nowa…

I ja takie kesze szanuję!!! Żadnych sztolni, ciorania mięśniem piwnym po glebie… Czysty beton.. no w przenośni, bo stęzenie gołębich kup na metr kwadratowy przełamało wszelkie normy…
Ale do brzegu…
Do kesza zrobiliśmy drajwina, przegoniliśmy grupkę knypków palących marihuaninę (najstarszy mógł mieć ze 14 lat) i gdy odchodzili upaleni jak bąki my zaczęliśmy reko szukając wejścia do obiektu. Wystarczyło spuścić z oka Stacha na 20 sek by po chwili zauważyć jego głowę w oknie na drugiej kondygnacji. On chyba potrafi zmieniać się w jakiegoś pomurnika?
Stach zaczepił linę, której koniec rzucił nam na dół. Reszta wejścia ro formalność. Potem szybko hyc na górę. Mimo obaw wyniesionych z opisu, że potrzebny jest sprzęt – ogarnęliśmy brak schodów za pomocą konstrukcji samej klatki szybowej, tylko pomurnik Stasiek wlazł po resztkach kątowników i ścianie (nie wiem, trochę się go czasem obawiam).
Potem szybkie namierzenie kesza na samej górze i odwrót.
Postanowiliśmy, że z okna zjedziemy na linie. Wysokość mierna, ale chcieliśmy trochę zabawy, ćwiczeń i inne takie tam kartofelki.
Tylko Werrona zlazła po linie na rękach, no ale to taki typ człowieka że jej sprzęt asekuracyjny nie przeszkadza 😀

Paaanie, tędy to jak po schodach można… Nie tacy tu wchodzili…

Ładny widok na nieładne miasto…

Belkoewakuacja

To jest pan Tytus

Ona to by chciała wszędzie wleźć…

Liny? Nie dziękuję… Ale nie wrzucajcie tego na FB, bo moja mama tam zagląda…

Asekuracja? GARDZĘ MOCNO!

No i Drogie Panie i drodzy Panowie. Został nam ostatni kesz na liście.
Sztolnia Daisy – AER

Nie zastosowaliśmy się do wskazówek dojazdu zawartych na stronie kesza i wybraliśmy własną drogę.
Zamiast od południa – podjechaliśmy od północy. Chyba wyszło lepiej.

Butowanie do kesza było ciężkie. Znacie to? Do skrzynki walicie po kresce za GPSem przez dziury, chaszcze, bagna… Wpisujecie się do logbooka, odkładacie pudełko i okazuje się że można wracać wygodną drogą, której nie zauważyliście wcześniej… My to mamy nonstop.

Rozmiar który robi wrażenie. Kurde. Tam można parę TIRów upchać i zostanie luzu 🙂
Szkoda, że nie mieliśmy dobrego i silnego źródła światła oraz dobrego aparatu. Przyjeżdżajcie i poczujcie ten klimat w środku!!

Faceci nie potzebują strzałek żeby odnaleźć dzi… znaczy wejście…

Prawda że ładna… ta komora?

Uffff. I tym oto sposobem dotarliśmy do końca tej historii. Wtedy bolało mnie całe ciało. Teraz tylko plecy (od ślęczenia nad klawiaturą) i palce (od tejże).
Starałem się skondensować opis, bo gdybym miał opisać wszystko, umarłbym i Wy również czytając to.
Zaraz jak skończę i wyślę wpis na bloga powybieram również trochę zdjęć do zobrazowania wpisu. Mam nadzieję, że pomogą Wam zrozumieć to, co chciałem przekazać słowami.

Może nie jestem wybitnym eksploratorem. Nie piję co rano szejka ze zmiksowanych nietoperzy, lin i skał wapiennych. Ale lubię takie klimaty i dobrze się tam czuję.
Trochę już miejsc odwiedziłem i robiłem też trochę rzeczy uznawanych przez niektórych za głupie i niebezpieczne.
Ale przyznaję szczerze i bez bicia, że ta ścieżka była najbardziej wymagająca póki co. Dziecka bym ze sobą tam nie zabrał, ani kolegi na wózku inwalidzkim 😀
Niemniej jednak jak ktoś lubi klimaty pieczar, jaskiń, schronów, urbexów to polecam szybko się pakować i walić na dolny Śląsk!

EPILOG:
Po ostatnim keszu wróciliśmy na stację, gdzie parkował belkowóz. Tam wypiliśmy kawę, pogadaliśmy i pożegnaliśmy się. To znaczy nie żegnaliśmy się, bo lepiej się witać niż żegnać.
I obiecaliśmy sobie, że niebawem znów się spotkamy, aby porobić coś fajnego i szalonego.
Potem ekipa mazowiecka pojechała w swoją stronę, a my z Belką w swoją. I tak jak nas Dolny Śląsk witał burzami i wichurami tak też pożegnał (na telefony nawet odstaliśmy ostrzeżenie o nawałnicach).
Na szczęście przez cały czas keszowania pogoda była w porządku.

Dziękuję Wam, że to chcieliście przeczytać. Dziękuję chłopakom (teee, chłopaki to u szewca gościu!) za stworzenie wspaniałej, wymagającej i klimatycznej ścieżki.
Ale przede wszystkim dziękuję ekipie:
– Weronika. To nic że jesteś ruda, wredna i masz 80 lat na karku. I tak bardzo Ciebie i Twój ironiczny humor lubię. No i podziwiam za zapał w ładowanie się w takie ciasne miejsca. Ściskam.
– Stasiek. Bez Ciebie nie byłoby niczego (tak rzecze Kononowicz Krzysztof)
– Paweł. Mimo, że nonstop brałeś cudzesy to jesteś swój chłop i fajnie razem się z czegoś (lub kogoś np Weronika) posmiać.
– Krzysiek. Twój belkowóz uratował nam tyłki. Sprawnie nas przywiozłeś i odwiozłeś. No a Twój pęd do keszy sprawia że mury się burzą (dosłownie)

Koniec.
(ale i zarazem początek kolejnej wyprawy, bo Weronika już się odgrażała że planuje zmienić miejsce naszego kolejnego spotkania)

 

PS: Zapraszamy do komentowania, bo bardzo lubimy Was czytać! 🙂

Dodaj komentarz


Możesz dołączyć zdjęcie do komentarza klikając tutaj.

OC

OpenCaching w Polsce

STRONA GŁÓWNA | FORUM | ABC GEOCACHINGU