SOG okiem keszera :)
Olo74 & Lilalu, 6 października 2018

SOG okiem keszera czyli „Jak przeszliśmy Szlak Orlich Gniazd”

Panorama


To nie będzie opis skrzynek na szlaku, ich podejmowania, reaktywacji czy trudności związanych z szukaniem 🙂 Miejsca by nie starczyło, a do tego wszystkich nie spamiętałem. To będzie opis (poradnik?) jak wyglądało nasze PIESZE przejście tych kilometrów. Gdzie spaliśmy, jedliśmy, ile przeszliśmy i co mniej więcej się wydarzyło.

Kiedy zacząłem myśleć o zdobyciu Szlaku Orlich Gniazd pierwsze pytanie jakie się nasuwa to sposób przejścia? W sumie jest kilka możliwości:

  • samochodem: nie da się wszędzie dojechać. Można jedynie podjeżdżać w pobliże skrzynek, maszerować w te i na zad do wozu, i znowu do kolejnego parkingu. Ewentualnie na dwa samochody.
  • rowerem: da się, ale … są odcinki bardzo piaszczyste (np zaraz za Podzamczem w kierunku Bobolic), są też trudne leśne odcinki, kilka razy ścieżka prowadzi wśród skał, no i do tego zatrzymujesz się co 200 m. po skrzynkę. Własnie to zatrzymywanie mnie osobiście bardzo by irytowało, więc ten środek transportu choć lubiany tym razem odpuściliśmy.
  • koniem: na pewno się da, ale … trzeba mieć konia 🙂 Na szlaku często spotykaliśmy ślady takich przejażdżek, zresztą chyba w wielu miejscach szlak konny pokrywa się z tym pieszym. W odróżnieniu od roweru, konia nie trzeba prowadzić, ale po skrzynkę co 200 m. zatrzymać się i tak trzeba. Hmmm … nie wiem tylko czy konno można legalnie wjeżdżać poza konne szlaki i w sumie zabawnie byście wyglądali paradując konno przez Kraków, Częstochowę czy inne miasta i wioski po drodze 😀
  • pieszo: zajmuje najwięcej czasu, najbardziej męczy, ale daje najwięcej satysfakcji. Masz dużo czasu na rozmowę z współtowarzyszami wędrówki, na własne przemyślenia, na podziwianie tego co się zmienia wokół – a zmienia się naprawdę dużo i często. Zgodnie z opisem geościeżki przejście piesze jest dla PRZETWARDZIELI 🙂 Chciałem zasłużyć na ten tytuł więc wybrałem ten sposób pokonania CAŁEGO Szlaku Orlich Gniazd.

No to zaczynamy spacerowanie i od razu ważna uwaga. Szlak według różnych źródeł ma około 165 km – będzie duuuużo więcej 😀 Nawet zliczając kilometraż z drogowskazów po drodze wyjdzie Wam więcej. Nasze przejście wraz z kilkoma dojściami dodatkowymi, mierzone przez nagrywanie śladu w Locusie to około 205 km!! Endomondo zmierzyło jeszcze więcej!! Jak na drogowskazie widzicie np: Rabsztyn 22 km to szykujcie się na 25 km 🙂 Będę pisał również o sklepach – czy są, czy ich nie ma, ale biorę pod uwagę tylko i wyłącznie sklepy, które są bezpośrednio na trasie przejścia. Takie,  do których nie trzeba specjalnie zbaczać i potem się wracać.

W sierpniu po drodze w Bieszczady zatrzymaliśmy się na weekend w Złotym Potoku, żeby sprawdzić i przetestować jak wygląda zbieranie skrzynek co 200 m. Nocowaliśmy w „Agroturystyka Złoty Potok„. Cena w sierpniu 35,-, pokój mały, z łazienką, TV, dostęp do kuchni i duża zadaszona wiata ze stolikami na zewnątrz. Czysto, schludnie i ciepło. Złoty potok jest dobrą bazą wypadową w stronę Częstochowy ponieważ kursują tam często autobusy PKS jak i prywatne busy. Ten kawałek podzieliliśmy na dwa odcinki:

  1. 1. Częstochowa – Olsztyn: 20,9 km, czas 6g:50m
  2. 2. Złoty Potok – Olsztyn 18,3 km, czas 6g:34m

Czasy przejścia zawierają czas na postojach i odpoczynkach. Pomiędzy wymienionymi miastami nie pamiętam, żeby były jakieś sklepy (bezpośrednio na szlaku)!! Także nie ma co liczyć na dokupienie wody, czy jedzenia. Restauracji w wskazanych miastach dużo, jest w czym wybierać. Kawałek za Złotym Potokiem jest słynna Pstrągarnia Raczyńskich – drogo, ale pstrągi faktycznie wyjątkowo smaczne. Smażalnie w Złotym Potoku: 1-go października była czynna tylko 1 z 3, restauracje przy głównej ulicy też już się zamykały.

I teraz właściwe natarcie od strony Krakowa 🙂 Skład: Maleska, Lilalu & Olo. Na dworzec docieramy o 09:27, dopytujemy o drogę i tramwajem 5 lub 15 dojeżdżamy na krańcówkę (pętlę 😉 ) gdzie zaczyna się czerwony szlak, który będzie nam towarzyszył przez kilka najbliższych dni.

  1. 1. Kraków – Pieskowa Skała: 28,5 km, czas 8g:18m.

    Najlepszy kawałek dla rowerzystów, sporo asfaltu. Prowiant kupiliśmy na wyjściu z Krakowa, więc później na sklepy nie zwracałem uwagi.
    Start
    Natomiast w samej Pieskowej Skale sklep jest mocno oddalony od wskazanej kwatery (jest dopiero przy skrzynce OP8T7U)!!! Nocowaliśmy tu: Zajazd na Podzamczu miejscówka tuż przy OP8N7S, 35,- od osoby, pokój z łazienką, lodówka, mikrofala, CIEPŁO 🙂 Na dole restauracja. Przyjemnie i czysto.

  2. 2. Pieskowa Skała – Rabsztyn: 25,8 km, czas 9g:34m.

    Pobudka o 7 rano, szybkie śniadanie i ruszamy. Początkowo przez wieś, po drodze odwiedzamy sklep (obok OP8T7U), ale jest ich więcej, aptekę (kawałek za OP8T7Q) i urząd pocztowy (tu OP8T7S :)) Ten ostatni w celu uzupełnienia tuszu w pieczątce: Ejj, tu poczta jest, pewnie mają zapas tuszu do pieczątek – więc wysłaliśmy Lilalu 🙂 Udało się, panie na poczcie całkiem miło podeszły do tej dziwnej prośby. Po wyjściu z zabudowań trafiamy na pierwsze tak duże pola na trasie. Mi się podobało. Tylko droga i zaorane pola po horyzont.
    Pola
    Spłoszyliśmy stado sarn, gdzieś tam rolnik na traktorze, gdzieś tam coś palą, a ziemniaków na polu tyle, że na cały wyjazd by wystarczyło 🙂 Po drodze mijamy pierwsze quizowe miejsce parkingowe. Nie wiem czy jest tam skrzynka, ponieważ jeszcze nie wiedzieliśmy o co chodzi z tymi quizami. Dalej mijamy skrzynki, aż do Rabsztyna. Nie był to najdłuższy odcinek, ale dał nam w kość. W Rabsztynie przy skrzynce na parkingu widoczny jest sklep ABC, obok niego restauracja. Ze sklepu skorzystaliśmy, z restauracji też, ale do rewelacyjnych bym jej nie zaliczył. Ceny normalne, jedzenie trochę gorzej. Natomiast sam nocleg znaleźliśmy w domu na przeciwko Chaty Kocjana. Chata jest na końcu parkingu z wspomnianą skrzynką. Pełni m.in. funkcję kasy biletowej na zamek. Nocleg jest dokładnie naprzeciwko. W sezonie jest tam pole namiotowe, natomiast my dostaliśmy pokój, który był właśnie częściowo remontowany 🙂 Łóżka i pościel były i jeszcze czajnik, ale na tym koniec wygód. WC z umywalką owszem, ale nie było drzwi (mi to nie przeszkadzało, ale dziewczynom trochę tak), brak prysznica (był w domu gospodarzy) i kuchni. Także cena 35,- od osoby jak za takie warunki trochę za wysoka, ale ze zmęczenia nie grymasiliśmy. Restauracja, piwko i o 20:00 już grzecznie przysypialiśmy.

  3. 3. Rabsztyn – Bydlin: 22,5 km, czas 7g:54m.Pobudka tym razem o 6, żeby mieć jakiś zapas czasowy, ale tym razem planujemy skrócić dystans i dojść tylko  do Załęża. Podany kilometraż jest nieco zawyżony z uwagi na kółko jakie zrobiliśmy szukając noclegu. Ruszamy koło 7 w porannym chłodzie, ale widać, że pogoda będzie idealna. Błękit i słońce.
    RabsztynW trakcie spaceru trafiamy na jakiś bieg/rajd inscenizowany lokalnymi walkami partyzanckimi. Ludzie poprzebierani w stroje z epoki, stare karabiny, poukrywani w lesie, a ich śladem podąża grupka młodzieży poznając historie. Do tego oczywiście lokalna TV i do tego podczas jednego z ujęć oczywiście my wciskamy się w kadr wgapieni w gps’y 🙂 .  W Bydlinie za szkołą odpoczywamy w pięknej wiacie tuż obok OP8RMP. Dalej już niewielkie ruiny zamku i kilka skrzynek do Załęża. W Załężu dopytujemy o nocleg, choć pora jest wczesna, ale celowo robimy luźniejszy dzień. Miła pani kieruje nas do Krzywopłotów naprzeciwko stadniny koni do Gościniec AMiG. Niestety po dotarciu na miejsce i wykonaniu kilku telefonów okazuje się, że obiekt działał tylko do końca sierpnia. Dostajemy namiary na kolejny nocleg, z tym, że musimy się wrócić do Bydlina. Ok, to idziemy i po drodze odwiedzamy sklep. Opłacało się wrócić 🙂 To był najbardziej klimatyczny nocleg na całej trasie. Wygód nie brakowało, ale klimat jak z amerykańskiego horroru 🙂 Gorąco polecamy Bydlin-Zacisze. To chyba jakiś post PRL’owski ośrodek wypoczynkowy. Dwa pietra, na każdym po 10 czy więcej pokoi, łazienka jedna na piętro z 3 prysznicami i 3 toaletami. Na dole ogólnie dostępna kuchnia i jadalnia, na górze coś co pełniło role świetlicy. Aktualnie są tam piłkarzyki (Maleska nas ograła), stół do ping-ponga (ograliśmy Maleskę), TV, fotele i chyba tyle. Wszystko nosi ślady używania, ale sanitariaty i pokoje czyste, a pościel choć cerowana to wyprana, pachnąca i ciepła. Cena 35,-/osoba wydaje się odpowiednia. Pani pobrała opłatę, podrzuciła nam jeszcze elektryczny grzejnik, oznajmiła, że na dole mieszkają Ukraińcy i … ulotniła się 🙂 Zostaliśmy sami na całym ośrodku 😮 Przyznam – klimat był. Porobiłem fotki, przygotowaliśmy sobie posiłek, przyjechali Ukraińcy, ale byli bardzo grzeczni. W pokoju podczas wieczornych rozmów i podczas testowania grzejnika skosztowaliśmy Sosenki rocznik 2017 targany przeze mnie od samego początku 🙂 Dodam, że trunek ten wywodzi się z dawnych wierzeń i praktyk znachorskich. W Noc Kupały dziewice (aktualnie zawęża się ten rytuał do panien 😉 ) wychodziły i zbierały młode pędy sosen. Dalej przekazywały je bądź przyszłym mężom, bądź ojcom, którzy to przyrządzali odpowiedni trunek. Także coby nas żadne licho na szlaku nie dorwało, ani też żadne zło w tym miejscu nie zatrzymało trzeba było walnąć kielicha czy dwa 😉 Dobranoc.

 

 

 

 

 

  1. 4. Bydlin – Podzamcze: 26,1 km + 3km (spacer), czas 9g:48m.

    Pobudka znowu o 6, ponieważ daje to dodatkową godzinę, co przynosi wymierne efekty po drodze. Dziewczyny serwują jajecznicę, ja zmywam, Ukraińców nie ma (?) i na szlak wychodzimy tuż przed 7. Opuszczamy Zacisze z pewną tęsknotą bo na bank zapamiętamy to miejsce na długo. Dobrze, że pomimo tego, iż nocleg tu przypominał amerykański horror to wychodzimy w pełnym składzie w jakim tu przyszliśmy 🙂 Gorzej, że przez wczorajsze kółko mamy do przejścia ponad 2 km tą samą droga co wczoraj. Szlak baaaardzo urozmaicony. Zaczynamy od wąwozów jak w Kazimierzu nad Wisłą, mijamy rozległe pola (bardzo mi się podobają, bo nawet linii energetycznych tam nie ma), piękne ruiny zamku w Smoleniu, sklepy dopiero w Pilicy (ale za to dużo i różnorodnych). W samym Podzamczu sklepów też nie brakuje, czynnych restauracji naliczyłem 3 na głównym zejściu z zamku do „centrum”.  W jednej z nich szukamy noclegu, bo ciągle idziemy „na żywioł” 🙂 Trafiamy na Szkolną 5. Wygląda przyzwoicie. Pokój z TV (Lilalu się ucieszyła, bo chciała półfinał siatkówki oglądać) i z łazienką (plus ręczniki, plus mydło), w pełni wyposażona kuchnia (plus herbata, kawa, cukier – co się rzadko zdarza). Cena 40,- od osoby – no cóż, uroki bliskości największego zamku Jury. Sam pokoik mały, po rozłożeniu łóżek już ciężko było się przemieszczać. Ale my tylko na jedną noc, więc nie ma co wybrzydzać. Za to mieliśmy dodatkową „atrakcję”. Tym razem nie byli to Ukraińcy tylko Radosław Majdan, który spał piętro niżej. Ale w sumie widziała go tylko Lilalu, ponoć przyjechał z kolegą pojeździć po jurze na motorach. Dziękuję, dobranoc 🙂

  2. 5. Podzamcze – Bobolice: 30,1 km, czas 10g:29m.

    Rano blisko 0 stopni. Ale pogoda jak drut. Błękit na niebie i słońce, które zaraz będzie wyżej i nieco dogrzeje 🙂 Poprzedniego wieczoru zrobiliśmy sobie spacer po kilka skrzynek, więc teraz mamy prawie 2 km „luzu” 🙂 Ale za to po tych dwóch zaczyna się bardzo piaszczysta droga – rowerzystom współczuję bo ten piach to raczej na dłużej. Dodatkowo dużo skalistych miejsc na ścieżce. W Karlinie sklep jest, ale zamknięty, kolejny tym razem otwarty w Żerkowicach przed skrzyżowaniem, kolejny dopiero w Podlesicach, do których odbiliśmy na piwo, odpoczynek, przekąskę i zakupy.  Jest to jednocześnie ostatni sklep na dziś. W Bobolicach i Mirowie sklepu nie ma!!! Minusem jest to, że te zakupy dźwigaliśmy do Bobolic przez kolejne 9 km. Na tym długim odcinku jest też sporo restauracji. Jedna jest w Zamku Morsko przy szlaku, kolejne w Podlesicach (trzeba odbić 900 m od szlaku!!). Te w Podlesicach są w Zajeździe, hotelu i przy polu biwakowym, w tych samych miejscach można nocować oraz dodatkowo są też pokoje/kwatery do wynajęcia. Także nocowanie albo tu, albo dopiero w Bobolicach/Mirowie. My po odpoczynku i wypiciu Jurajskiego idziemy dalej. Cel Bobolice. Chleliśmy spać w tym miejscu gdzie był zlot, lecz tam czynne tylko do połowy września. Udało nam się dodzwonić i zarezerwować pokój w Jurajskiej Chacie. Dokładnie na przeciwko ostatniego kesza na dziś. Kwatera najbardziej komfortowa ze wszystkich dotychczasowych. Pokój duży, przestronny oczywiście z łazienką (ręczniki, mydło). Ciepło jak w saunie 😉 W pełni wyposażona kuchnia na dole, wraz z jadalnią i TV. Dostęp do WiFi!! Na obiado-kolacje wsunęliśmy gołąbki zakupione w Podlesicach (kurna jak ciężko targa się zakupy przez ostatnie kilometry ;)). A kiedy Lilalu oglądała finał siatkówki, ja już smacznie spałem 😉 Koszt również najwyższy bo 50,- od osoby, ale komfort bezcenny 🙂 Dobranoc.

  3. 6. Bobolice – Złoty Potok: 22,2 km, czas 7g:41m.

    Ostatni etap naszej wędrówki. Zimno. Wychodzimy przed 7 rano. Jest na minusie, więc pierwszy raz zakładam kurtkę. Zostawiamy zamek w Bobolicach za sobą. A jeszcze przed zamkiem w Mirowie łapiemy przefajną skrzynkę spoza naszej głównej ścieżki „Ruiny Mirowa„. Gorąco polecam. Mijamy Niegowę (jest sklep), za Moczydłami robimy sobie postój przy jednej ze skrzynek, przechodzimy przez Trzebniów i dochodzimy do pięknego szlaku pieszo rowerowego do Ostrężnika. Równiutki asfalt. Generalnie cały dzisiejszy odcinek jest przyjazny dla rowerzystów, a ten kawałek do Ostrężnika w szczególności. W Ostężniku dwie restauracje, ale my chcemy koniecznie udać się do wspomnianej na początku pstrągarni. Już odliczamy ile skrzynek jeszcze do niej mamy. Ostatecznie skręcamy o jedną za wcześnie, więc po obiedzie musimy się nieco bardziej wrócić 🙂 Jakoś mniej więcej tu zaczynamy odliczanie do ostatniej skrzynki jaka została nam z całej geościeżki. Po jej zdobyciu już nie patrząc w gps idziemy do Złotego Potoku. Jest wcześnie więc postanawiamy, że jeszcze tego samego dnia wracamy do Łodzi. Nie będziemy już nocować. Na PKS musimy czekać zaledwie 20 minut, a na pociąg niewiele dłużej. Smutno. Skończyła się nasza WIELKA Przygoda 🙁

 

Co by tu jeszcze dodać? Wszystkim gorąco polecam przejście tego power-traila 🙂 Jest naprawdę bardzo interesujący. Początkowo zbieranie skrzynek co 200 m. jest trochę męczące, ale szybko się do tego przyzwyczajamy. W sumie to bardziej męczące było w końcówkach naszych marszy, kiedy to zatrzymanie się na chwilę i ponowne ruszenie powodowało ból nóg, stóp, stawów i chyba wszystkich innych możliwych mięśni. W sumie przeszliśmy około 205 km. Zajęło nam to 8 dni. Szczęśliwie trafiliśmy na przepiękną pogodę. Gdyby gdzieś nas dopadł deszcz i byłoby zimniej pewnie tak miło tej wędrówki byśmy nie wspominali. Z 650 skrzynek nie złapaliśmy chyba 14. Tych z wysokich drzew – bo już sił nie było na wspinaczkę, i tych parkingowo-quizowych bo początkowo nie ogarnialiśmy o co w nich chodzi. Do statów doliczam sobie miano „przetwardziela” 🙂

Jeszcze raz chciałbym podziękować WSZYSTKIM, którzy przyczynili się do powstania tej geościeżki. Nie wiem czy bez skrzynek miałbym motywację, żeby przejść PIESZO CAŁY Szlak Orlich Gniazd – pewnie nie. Serdecznie Wam dziękuję, kłaniam się nisko.

Dobranoc.

komentarzy 9 .

  1. art_noise napisał(a):

    jesteście PRZETWARDZIELE!!!! 🙂

  2. krcr napisał(a):

    Super opis. Narobiliście smaka. Trzeba jakoś zacząć planować urlop i potem sanatorium dla ludzi ze zdartymi piętami 🙂

  3. Chorizo napisał(a):

    Wow, jesteście przech… twardziele i twardzielki! Zazdroszczę, ale tak pozytywnie. Super wpis!

  4. ptys50 napisał(a):

    Gratulacje !
    P.S. Małe sprostowanie : miejscowość z pięknym zamkiem (filia Wawelu) nazywa się
    PIESKOWA SKAŁA !!! (nie ma nic wspólnego z piaskiem)

  5. JAsiek. napisał(a):

    Szacunek dla Was.
    Też już chcę iść…

  6. hobbbysta napisał(a):

    Szacun. Zrobię to samo ale częściowo rowerem.Pozdrawiam

  7. karwdo napisał(a):

    Olo74 & Lilalu ogromne podziękowania za PIĘKNĄ OPOWIEŚĆ.
    Wielkie brawa!
    Lepszej reklamy szlaku (geościeżki) nie wyobrażam sobie:)

  8. Mario&Monia napisał(a):

    Super prezentacja, jesteście niesamowici. Cieszymy się że Wam się podobało. Chylimy czoło i pozdrawiamy serdecznie

Dodaj komentarz


Możesz dołączyć zdjęcie do komentarza klikając tutaj.

OC

OpenCaching w Polsce

STRONA GŁÓWNA | FORUM | ABC GEOCACHINGU