Zdobądź Gryfa!
G0cha, 21 lipca 2015

Gryf znajduje się na końcu świata, przynajmniej z perspektywy Warszawy. Niespodziewanie jednak zrobiło się nam po drodze, bo zawody pływackie, w których co roku bierzemy udział, tym razem zorganizował Szczecin. Stwierdziliśmy zgodnie, że podróż tam i z powrotem na koniec świata, tylko na trzy dni zawodów, średnio nam się opłaca i skoro już tu jesteśmy to warto też wybrać się na Gryfa. A skoro jesteśmy już tak blisko, to warto też wybrać się nad morze. Na rowerach.

 

IMGP8786 Gryf fajny jest! W zasadzie trudno to opisać, to po prostu trzeba zobaczyć! Podpowiem tylko, że oprócz GPSa niezbędnym wyposażeniem na projekcie jest też odpowiedni zapas gwiazdek, żeby na miejscu nie tonąć w długach.

Przez sześć dni walki z Gryfem towarzyszyły nam: ubaw po pachy, zmęczenie, upał, zwierzaki, chaszcze, zachwyt, niedowierzanie, chaszcze, podziw, zwierzaki, wyczerpanie, zaskoczenie, zwierzaki… Zwierzyny było mnóstwo! Szaraki, padalce, co i rusz jakaś sarna. Raz nawet na drogę wybiegła mała dzika świnka! Mrówki zawłaszczały sobie kesze dając nam przez to okazję do obserwowania jak szybko i sprawnie przebiega ewakuacja mrowiska. Zabranie larw pod ziemię zajmowało im niewiele więcej czasu niż nam wpisanie się do logbooka. A na naszym campingu w Trzebieży wieżę widokową upodobały sobie jaskółki budując na niej niesamowitą ilość gniazd. Niestety tylko raz udało nam się wejść na tę wieżę, żeby popatrzeć na jaskółki z bliska. Był to dzień, kiedy mieliśmy wrażenie, że upał nas zabije i dlatego zjechaliśmy z Gryfa wcześniej niż zwykle. Wprawdzie z reguły udawało nam się wrócić na camping przed zachodem słońca i zamknięciem spożywczego, ale zaraz potem była kolacja, mycie, logowanie bieżących łowów i nagle okazywało się, że jest godzina 23:00 i jaskółki już poszły spać.

Wybierając się na Gryfa trzeba się liczyć z tym, że dzień będzie za krótki. Powodem są czasochłonne multaki i quizy, na szczęście z gatunku tych, które sprawiają też wiele radości. My dodatkowo jeszcze trafiliśmy na porę, kiedy paprocie miejscami były wyższe od nas, a żar lejący się z nieba wypalał resztki energii. Niespodziewane opóźnienia na trasie spowodowały też… jagody. No, po prostu nie mogłam tak spokojnie przejść obok. Tych, którzy wybierają się na Gryfa w porze jesiennej ostrzegam, że las, jak dowodzą wpisy w logach, obfituje też w grzyby.

Oprócz tego zdarzyło nam się parę razy, że zaaferowani keszem zapominaliśmy spisać literkocyferkę i wizja braku dostępu do finału zmuszała nas do powrotu. Po dwóch pierwszych takich porażkach dopracowaliśmy się procedur, zgodnie z którymi długopis i karta projektu były wyciągane zaraz po zauważeniu skrzynki. Niestety… Jak już człowiek myślał, że wszystko ma pod kontrolą, to pojawiał się następny kesz, przy którym aż się siadało z wrażenia i procedury brały w łeb.

Czas zaplanowany na zdobycie ścieżki lepiej więc, zgodnie z prawem Murphy’ego, pomnożyć przez dwa.

Andrzej w wieczór po zdobyciu Gryfa

Andrzej w wieczór po zdobyciu Gryfa

Jeśli ktoś nie ma zawodów pływackich w Szczecinie i stwierdzi, że wyjazd na koniec świata tylko na Gryfa średnio mu się opłaca, to może przekona go opcja spędzenia dwutygodniowego urlopu na Pomorzu. No, bo skoro będzie już tak blisko, to chyba warto też wybrać się nad morze. Na rowerze.

Uważam, że nie ma sensu wyważać otwartych drzwi, dlatego nie będę pisać dlaczego warto spędzić wakacje na rowerze, ani jak się do nich przygotować. Odsyłam do tekstów, które ktoś potrafił napisać lepiej ode mnie. Przedstawię natomiast trasę, którą my przejechaliśmy do Świnoujścia. Droga wiodła wzdłuż zachodniej strony Zalewu Szczecińskiego przez Trzebież, Nowe Warpno, Bellin, Ueckermünde, Mönkebude, Bugewitz, Kamp, przeprawę promem, Karnin, Usedom, Stolpe, Dargen, Zirchow, Korswandt, Ahlbeck, Świnoujście.

Do Szczecina dojechaliśmy z rowerami pociągiem. Z doświadczenia wiem, że kolej rowerzystów nie rozpieszcza i ten etap podróży, w którym trzeba się dostać do pociągu i z niego wysiąść, jest dla mnie niezwykle stresujący. Często na peron droga wiedzie po schodach. Trzeba więc zdjąć sakwy z roweru, wnieść rower, wnieść sakwy, założyć sakwy na rower. Później trzeba znaleźć wagon dla rowerów, następnie zdjąć sakwy, wnieść rower, wnieść sakwy.

Na szeroko pojętym projekcie Gryf po raz pierwszy szczęka mi opadła na peronie w Warszawie. Okazało się, że drzwi do wagonu rowerowego w pociągu Gałczyński relacji Lublin – Świnoujście, są na tyle szerokie, że można wprowadzić rower bez konieczności zdejmowania z niego sakw. Do tego wagon był tak obszerny, że mogło się w nim swobodnie zmieścić kilkanaście rowerów. Osiem godzin później zdziwiłam się ponownie, bo z peronu w Szczecinie można było zjechać wygodnym zjazdem. Wyprzedzając fakty dodam jeszcze, że na dworcu w Świnoujściu nie ma schodów! Krajobraz płaski jak stół. Z peronu na peron są przejścia przez tory bez szlabanów, bram, płotów czy innych zasieków. Krótko mówiąc, kolej zaskoczyła mnie nie mniej niż finał Gryfa. Wprawdzie w drodze powrotnej w Świnoujściu w tym samym pociągu Gałczyński drzwi do wagonu rowerowego były zepsute i trzeba się było przeciskać przez wagon sąsiedni, ale przecież nie będziemy się czepiać drobiazgów.

W Szczecinie pod swoje opiekuńcze skrzydła wzięli nas Goci i Dezerter. Muszę przyznać, że spotkaliśmy się z gościnnością, która dorównywała tej, znanej nam ze wschodnich rubieży Polski. Nowi znajomi zapewnili nam między innymi szybki przerzut samochodem na camping w Trzebieży. Z Trzebieży, już na rowerach, udaliśmy się w stronę granicy. Zachodni wariant trasy do Świnoujścia wybraliśmy dlatego, że interesowało nas jak wygląda rowerowa infrastruktura u naszych sąsiadów. I tutaj to jak z Gryfem. Najlepiej zobaczyć to na własne oczy. Wygodne utwardzone drogi, odseparowane od ruchu samochodowego, a oznakowanie szlaku prowadzi do celu niczym najlepszy GPS. Czytelne tablice informują o kierunku trasy i o odległościach do poszczególnych miejscowości. Wycieczkę potraktowaliśmy również jako rozpoznanie terenu, bo w planach mamy już atak na kesza w Peenemünde. Z naszego rozpoznania wynika, że camping w Bellin, choć wygodny, to jednak następnym razem ominiemy z powodu niezbyt uprzejmego pana w recepcji. Nie wiedzieliśmy, że niedaleko, jakieś 3 km za Ueckermünde, jest następne pole namiotowe, gdzie warunki są nie gorsze a obsługa sympatyczna. Wiemy też, że zamiast korzystać z promu, który wprawdzie znacznie skrócił drogę, ale kosztował nas 9 euro od łebka, lepiej było jechać wolniej, więcej zobaczyć po drodze i wydłużyć pobyt w Niemczech o jeden dzień z międzylądowaniem np. w Anklam. Z innych informacji praktycznych to najbliższy niemiecki bankomat na trasie znajdował się na rynku w Ueckermünde, a informacja turystyczna, gdzie można zaopatrzyć się w mapy, informacje o noclegach czy godzinach kursowania promów, jest w Ueckermünde przy porcie. Trasę Trzebież – Świnoujście przebyliśmy w dwa dni.

IMGP8983 Świnoujście

Gdyby natomiast ktoś chciał pojechać na Gryfa bez żadnej innej okazji, to zapewniam, że też warto.

W kategoriach: Kesze Rekomendacje: 33

Komentarzy: 1.

  1. Elvis7 pisze:

    Brzmi rewelacyjne kiedyś może uda się zdobyć choć jednego kesza z Gryfa… Dzięki Gocha za relację!

Dodaj komentarz


Możesz dołączyć zdjęcie do komentarza klikając tutaj.

OC

OpenCaching w Polsce

STRONA GŁÓWNA | FORUM | ABC GEOCACHINGU