Weekendowy Modlin
morrison-1986, 29 lipca 2015

IMG_1093Pomysł na wyjazd zrodził się zupełnym przypadkiem. Ot, taki wysłany w sumie bez większych nadziei mail do yoshio o treści mniej więcej „no to może Modlin?”. Odpowiedź jak na yoshio i jego styl pisania była wypowiedzią bardzo rozwiniętą i myślę, że mogę śmiało nazwać ją wypracowaniem. Brzmiała ona „OK.”. A może po prostu siedział na klopie i wolał skoncentrować się na czymś innym? Mniejsza z tym, odpowiedź twierdząca w zupełności mnie zadowalała.

Tym sposobem, kolejny wyjazd pod szyldem duetu M&Y czyli morrison i yoshio mógł dojść do skutku.

Zacząłem przygotowania.

Ogólnie bardzo to lubię. Analizowanie mapy, przełączanie się między OSM i UMP, patrzenie gdzie prowadzi jaka droga, jakiej jest jakości, którędy najlepiej dojechać, jak wygląda dane miejsce na streetview. Odnotowywanie które skrzynki łapać w której kolejności, które trzeba będzie odpuścić, które posiadają hasło, a nad którymi prawdopodobnie spędzimy troszkę więcej czasu. Która z nich jest niebezpieczna, a która teoretycznie zajmie nam chwilę.

Plan powstawał praktycznie na bieżąco. Cały czas aż do dnia wyjazdu. Jeszcze kilka chwil przed odpaleniem samochodu nanosiłem jakieś poprawki do planu. Tak czy inaczej jego ostateczna wersja, po wszystkich modyfikacjach, po urealnieniu, zawierała około 100-105 skrzynek.

Wtedy trzeba było przygotować plan numer dwa czyli ekwipunek.

A w moim przypadku to wcale nie takie łatwe bowiem lwią część mojego wyposażenia zawsze stanowi… żarcie. Serio. Nie jestem stworzony do żarcia parówek, zagryzania ich pączkiem i popijania wodą gazowaną (ukłony w stronę yoshio). No po prostu nie ma szans. Muszę mieć chociażby fest porcję owsianki zagryzioną twarogiem bo inaczej po prostu nie dźwignę od rana tematu.

Tak więc kolejny plan powstający wszędzie gdzie się da. Ciuchy, żarcie, sprzęt. Karteczki, karteluszki i inne pierdoły walające się po kieszeniach, a w nich notatki w stylu „3 pary majtek, 4 batony musli, kubek czerwony, polar, 2 kiśle”. No i takich porypanych zwitków papieru dziesiątki. A na sam koniec wszystko nanoszone na wykaz ogólny, z którego daną pozycję się wykreśla kiedy ta ląduje w torbie czy plecaku.

Tak więc kiedy yoshio przyjechał po mnie aby przed wyprawą zgarnąć mnie z pracy (stwierdziliśmy, że tak będzie szybciej) to złapał się za głowę bo wychodziłem z tej roboty obładowany jak jakiś Rumun jadący na bazar.

A właśnie… miało być szybciej kiedy yoshio zgarnie mnie z pracy… Pracuję w Centrum więc na drogę wylotową do Strykowa mielibyśmy już ponad połowę drogi i zaoszczędzoną kupę czasu. Szkoda tylko, że ja mając te kilka cholernych kilka toreb (ciuchy, żarcie), jedna torba na ramie, plecak, zapomniałem tej najważniejszej… Nie wziąłem torby z wszelakim sprzętem! Z multitoolami, nożykami, zapalniczkami i ogólnie absolutnie wszystkim co może się kiedykolwiek przydać w dowolnej sytuacji. No bez tej torby to po prostu jak bez ręki.

No więc czekał nas jeszcze powrót do domu w niemalże godzinach szczytu. I tym sposobem byliśmy dzięki mnie godzinę w dupsko. Ale chociaż miałem okazję jeszcze raz pożegnać się z Żonką i morrisoniątkiem:). Tak więc nie ma tego złego;)…

Na A2 wjechaliśmy jakoś koło 19:30. Po nieprawdopodobnych objazdach i kombinacjach i zrobiliśmy to znów od dupy strony. Bowiem normalna, najprostsza droga przywitała nas korkiem 4 kilometry przed wjazdem w Strykowie. Ratowaliśmy się jak się da, a objazdy jakie zaserwował Towarzysz przypominały momentami rajd Paryż-Dakar.

Kiedy postawiliśmy nogi (koła) na A2 byliśmy już cali szczęśliwi.

Plan zakładał zgarnięcie kilku skrzynek po drodze. Niestety moja wtopa z torbą sprawiła, że musieliśmy go trochę zmodyfikować. Ograniczyliśmy się więc tylko do skrzynek z serii Nieśmiertelni. I tak, kiedy łapaliśmy ostatnią z nich była już prawie 22. Na kwaterę zwalić się o godzinie cholera wie której też trochę głupio. Zagęściliśmy więc ruchy i około 22:15, po wcześniejszym poinformowaniu że już się zbliżamy, zameldowaliśmy się na bazie.

Nasza kwatera dowodzenia to była istna bajeczka. Serio i bez zgrywy! Z tego miejsca cholernie dziękuję za info Bramstendze albo Malesce (już nie pamiętam, która z Was poleciła nam nasz mały garnizon;)). Warunki zafundowane nam przerosły nasze oczekiwania. Wydatek groszowy, a mieliśmy wszystko czego pragnęliśmy. Łazieneczka, kuchnia (to tutaj w trakcie codziennego śniadania miały miejsce odprawy),  telewizorek, mikrofalówka, lodówka. No wszystko, a nawet więcej. Fakt, tak naprawdę baza miała służyć nam tylko jako noclegownia ale morda się cieszyła na myśl, że będzie można w normalnych warunkach spędzić noc i wykąpać się po całym dniu.

Po wypakowaniu ekwipunku, zakąszeniu czegoś, stwierdziliśmy że ruszymy jeszcze na zapoznanie z terenem. Złapaliśmy kilka skrzynek, ujrzeliśmy bramę i mury Twierdzy, zaliczyliśmy prawie bliskie spotkanie ze Strażą Miejską (w porę zaniechaliśmy działań ale była to kwestia dosłownie kilku sekund). Pooglądaliśmy z Mostu Pancera panoramę wschodu (nieprawdopodobne wrażenie robiły ogniska obozowiczów rozpalone nad brzegiem rzeki) oraz widok na zachód i fantastycznie podświetloną wieżę.

Ale po „przygodzie”, która wcale nie była śmieszna, bo zmierzając do Bramy  Ostrołęckiej ostrzegłem yoshio przed tym aby nie wpadł do fosy. Do jakiej fosy? No do tej z wodą. Ale tam nie ma fosy z wodą? No właśnie… A ja ten „wał” który ciągnie się zaraz obok Bramy wziąłem za fosę. Całe szczęście, że do tematu podchodzimy zawsze ostrożnie i nic złego się nie stało ale ogólnie stwierdziliśmy, że chyba chodzenie po Twierdzy po zmroku nie jest najrozsądniejszą z rzeczy jakie można robić w tych godzinach. Około 01:00 zameldowaliśmy się w bazie. Po szybkim przekąszeniu czegoś o tej nieludzkiej godzinie przyszedł czas na szybki sen. Grafik na dzień następny był bardzo napięty…

Budzika nie nastawiałem na bardzo wcześnie. 06:30 powinna wystarczyć…

*

Jak zawsze obudziłem się przed budzikiem. Dzień rozpocząłem od porannej kawy, owsianki i analizy planu. Co tu wymyślić aby nadrobić wczorajsze odpuszczone kesze…? Pewnie nic nie wymyślę odkrywczego, trzeba po prostu dziś od nich rozpocząć. Pojeździć, stracić te 2-3 godziny w rozjazdach i nadrobić wczorajsze niepowodzenia.

Tak zrobiliśmy. Yoshio napakował się słodka bułką zakąszoną kiełbą i byliśmy gotowi do drogi.

Ruszyliśmy na południe.

Po złapaniu kilku skrzynek, „rozmowie” z „ochroniarzem” przy Stoczni (początkowo myślałem, że to jakaś buda z lodami, a gość nas woła na degustację), udaliśmy się w miejsce gdzie wiedziałem, że być muszę. Że choćby skały srały, a ja miałbym złapać tylko i wyłącznie jedną, jedyną skrzynkę i ma to być ta to zrobię to i nic mnie od tego nie odciągnie. Yoshio początkowo nie wiedział dlaczego tak nawijam i nawijam o tym miejscu. Mam nadzieję, że kiedy już zobaczył obiekt wiedział co jest tego powodem. Spichlerz w Kazuniu. Ogrom, potęga, gigantyzm tego miejsca przytłacza. Coś nieprawdopodobnego. Jest dokładnie tak jak napisałem w logu. Jeżeli ja miałbym atakować na Twierdzę i uprzednio zobaczyłbym ten obiekt, to wiedząc że jest to tylko Spichlerz chyba posrałbym się w gacie na samą myśl o tym jak muszą tutaj wyglądajać koszary… No i moje posranie się okazałoby się w pełni uzasadnione bo koszary, które zobaczyliśmy później rozsadziły mi mózg. Miejsce jest nieziemskie. Można zachwycać się cudami świata ale jak dla mnie ten obiekt można spokojnie wpisać do największych cudów Polski.

20150711_093140

Aha! Do Spichlerza szliśmy sobie ścieżką, która prowadzi przy rzece. Pozwoli to Wam (przyszłym Poszukiwaczom) zaoszczędzić całe 3 złote bowiem facet w budce ponoć pobiera opłaty za zwiedzanie.

Po powrocie i przyszedł czas na przestawienie auta w okolice Twierdzy. W końcu. Mogliśmy wreszcie zostawić samochód tam gdzie był prawdziwy cel naszej wędrówki.

Wiecie co to jest „waga”? A „beczki”? A wiecie co się stanie kiedy połączy się te dwa słowa? To miejsce rozsadziło nam mózgi. Samo wejście i psychodeliczne korytarze miażdżyły nam umysły. Ogrom kolejnego miejsca, które ciężko zweryfikować i ocenić z zewnątrz. Jest gigantyczne. Korytarze ciągną się grubymi metrami i każdy wygląda tak samo. Po jakimś czasie robi się mało przyjemnie i naprawdę monotonia miejsca zaczyna sprawiać dziwne wrażenie.

IMG_0979

Czołówki na łeb, latarka w kieszeń, torba do środka i hajda przez „wejście”.

Jesteśmy. Szybki rekonesans, głowa w lewo, w prawo, kilka kroków w tą, kilka w tamtą i… kur*a jakie to jest wielkie!!!

Krążyliśmy, szukaliśmy, góra, dół, góra, dół, cichutko, cichuteńko, krok za kroczkiem, bezszelestnie. Mieliśmy rezygnować. Ale głupio też było odpuścić jeżeli byliśmy tam już przez około 40 minut. Już nawet domyśliliśmy się czego szukać ale nie szło znaleźć tego właściwego „pokoju”. Nosz w dupę jeża, gdzie on jest?! Zasięgu nie ma więc nawet nie ma się jak poradzić kogokolwiek kto skrzynkę miał już zgarniętą. Beczek gdzieniegdzie od groma ale jak są to śladowe ilości (choć fakt – ładnie poukładane), albo w kompletnym rozpitolu więc to nie mogło być tutaj.

I w sumie chyba już rezygnowaliśmy kiedy dojrzałem właściwy pokój. I wtedy z moich ust wyszło mało wysublimowane „ja pierdo*ę!”. Kosmos! Może i ładnie poukładane ale która to ta właściwa?!?! Przecież jeszcze nam tutaj trochę zejdzie! No i zeszło…

Długo czułem jeszcze w nosie ten chemiczny, śmierdzący, ostry zapach. Aż po wyjściu nie omieszkałem puścić sobie komety z nosa;). Pomóc to niewiele pomogło ale ten pył który utrzymywał się w miejscu z beczkami był koszmarny.

A samo miejsce… odjazd. Klimat horrorowy. Oglądałem taki horror „Grave Encounters”. Podobny klimat. Kręcony metodą „found footage” (czyli kamerą z ręki). Dział się w psychiatryku, później gdzieś tam też zeszli do jakiś tuneli pod szpitalem. No i przypominały do złudzenia te gdzie byliśmy. A jak na samym końcu nie mogliśmy znaleźć wyjścia i wałęsaliśmy się jeszcze po najniższym poziomie dobre 5 minut to po głowie kołatało mi się tylko „kur*a to jest ten horror, umrzemy tutaj”… Na szczęście udało się z tego wyjść cało ale wcale się tak miło nie czułem:). Psychodelia pełną gębą.

Wyszliśmy podobnie jak weszliśmy, cichutko, ostrożnie, jak ninja.

Znów kilka bram, grobów, murów, głównie wszystko tradycyjne. Sympatyczny „Bojler” który był naszym przetarciem przed tym co nas czeka w Twierdzy. Naćpane żaby, nie ruszające się jaszczurki czy pająki wielkości dłoni. To wszystko tam było.

Po kolejnym przestawieniu samochodu zbliżyliśmy się do Twierdzy. Tej właściwej. Gdzie dostęp mają tylko Ci z przewodnikiem. Nam to nie było jednak dane… Trochę szkoda ale ostatecznie wyszedłem z założenia, że żaden z tych przewodników nie widział 10% z tego co będziemy widzieć my, a do Twierdzy przecież mogę przyjechać rodzinnie i wtedy zwiedzić to czego nie widziałem teraz. Tak zrobiliśmy. Twierdzę oglądaliśmy z różnych płaszczyzn i z każdego możliwego kierunku świata oraz z kilku wysokości. Na zwiedzenie jej od środka przyjdzie czas.

Po łapaniu wszystkiego jak leci zbliżyliśmy się do Bramy Dąbrowskiego. Ale nas interesowały głównie jej tunele. Sam nie wiem czemu ale przy tej skrzynce było napisane „ODPUSZCZAMY!!!”. Ale czemu? Przysiedliśmy, poanalizowaliśmy, podumaliśmy. Yoshio włożył głowę, a że zwyczaj ma taki że u niego głowa kończy się na piętach, a ja w zwyczaju nie mam zostawać na czatach to po chwili tunele przestawały być dla nas tajemnicą. A kiedy rzuciłem łachy i ekwipunek w kąt, kiedy przyodziałem na łeb czołówkę i wskoczyłem w tunel mina yoshio mówiąca mniej więcej tyle co „po ch*j tu wchodzisz jak już tu jestem?!” była rewelacyjna:). Dzięki takim skrzynkom coraz lepiej wiedzieliśmy co będzie nas czekać w innych miejscach i czym są słynne skrzynki „czołgane”.

Po wyjściu z tuneli wzbudziliśmy sporą konsternację wśród zwiedzających Twierdzę. Siedzieliśmy już mocno umorusani na kamieniach przed wejściem do tuneli, ogarnialiśmy logbooki kiedy z jednego z wejść do bramy wbiegła dwójka dzieciaków. Uśmiechy z twarzy zeszły im na nasz widok jak w kreskówkach, a gacie pewnie oznaczyli sobie w wiadomy sposób;). A i przewodnik, który pojawił się w chwilę później, widać było że lekko się zestresował nasza obecnością w tym miejscu:). Dwóch umorusanych i utytłanych zakapiorów, siedzących w ciemnym pokoiku, którzy prowadzą jakieś tajne zapiski mówiąc w jakimś niezrozumianym języku. Po arabsku? Kesz? Logbook? Maskowanie? Coś wysadzać będą? Lepiej uciekać. Proszę tędy proszę państwa!

I poszli. A my mogliśmy swobodnie działać dalej.

20150711_135711

Po obejrzeniu jeszcze kilku miejsc przysiedliśmy i podjęliśmy decyzję, że najrozsądniej będzie przestawić samochód w inne miejsce, a w międzyczasie zaatakować Wietnamskich wrogów (a może przyjaciół? W końcu przecież robią nam żarcie…). Tak zrobiliśmy. Krótki odpoczynek w całkiem przyzwoitych warunkach nad talerzem pełnym smacznego żarcia dodał sił. No i przy okazji zadziałał dwufazowo. Najpierw dodał sił, a później sprawił że zachciało nam się wracać do pokoju na krótką drzemkę. Jednak nic z tego. Twierdza czekała, a w niej istny lunapark. A przynajmniej dla nas jej zwiedzanie było lunaparkiem nie mniejszym niż ten rzeczywisty dla 8-letniego dziecka.

Po powrocie do Modlina pierwszym miejscem które odwiedziliśmy był… „Zbiornik na ropę”. Adnotacja na planie działania przy tej skrzynce nie nadaje się do zacytowania publicznie ale oznacza „ bardzo, bardzo brzydki zapach”. I na to właśnie musieliśmy zwrócić uwagę. Na szczęście nie okazało się tak źle. Kurde… ja to chyba jestem jakiś zboczony ale nastawiłem się na jakiś śmierdzący hardcore, a tutaj wcale nie było tak źle. Fakt, ponarzekałem sobie jak to mam w zwyczaju, pobluźniłem, popierdzieliłem ale ja to chyba mam po prostu taki charakter bo wcale nie było tak źle jak to przedstawiałem. Wspiąłem się na najwyższy poziom, zerknąłem do zbiornika, powdychałem powietrza. Fakt, nie da się ukryć iż z morską bryzą to on wiele wspólnego nie ma ale naprawdę, tak tragicznie nie było. Zszedłem na dół po rękawiczki i nim się spostrzegłem to Towarzysz już mnie zmienił w roli drabinowłaza (i złaza z resztą też) i popitalał w tempie rakiety do zbiornika. Ogarnął wpisy w środku, pogadaliśmy sobie, popukaliśmy w ścianki próbując nadawać moersem:). No normalnie, duże dzieci:).Po chwili zostawiłem Kamrata i ruszyłem zobaczyć w jaki sposób można ugryźć „NAREW”… A tam czekałem na Towarzysza przed „wejściem”…

O ludzie…

Jak ja stanąłem przed „wejściem”, jak analizowałem je, ja prawie wyciągnąłem cyrkiel żeby wyliczyć średnicę:)! Znam nową interpretację przysłowia „przechodzenie przez igielne ucho”:).

No w życiu, w życiu Romana nie przypuszczałbym, że dam radę przecisnąć się przez tak małe wejście! Do tej pory się dziwię patrząc na zdjęcia jak ja tego dokonałem:)! I zapewne nie zrobiłbym tego jakby zaciekawiony yoshio nie włożył głowy do środka „żeby tylko zobaczyć sobie latareczką co tam widać”. I znów okazało się, że głowa yoshio kończy się na stopach to tylko patrzyłem jak jego ciało coraz bardziej jest wciągane przez NAREW. No i po chwili ja musiałem przekonać się jak to jest być wciągniętym przez nurty tej rzeki…

Głowa, ramiona, barki, brzuch, kolana, stopy i… czuję dno.

Latarki w dłoń, ekwipunek do kąta i penetracja. Powolna, cichuteńka, ostrożna. Krok za krokiem bystro stąpając po dnie i uważając na co stawia się stopy. Przecież nie bez kozery wiszą ostrzeżenia o możliwości zawalenia (choć na te patrzę przez palce i z drobnym przymrużeniem oka) i o obiekcie strzeżonym (te bawią mnie już mniej). A to ze względu na przeklęte czujki ruchu które czasem są montowane cholera jedna wie gdzie. A tutaj jeżeli byśmy takowe włączyli to dupa zbita bo przez ten otwór prędko byśmy się na zewnątrz nie wydostali… Na szczęście takich czujek nie stwierdziliśmy i zwiedzić wnętrze można było.

Co prawda obejrzeliśmy tylko i wyłącznie dół bo na górę baliśmy się wchodzić właśnie ze względu na możliwość zamontowania tych białych, pikających gówien. Tak więc ostatecznie prawdopodobnie po prostu takich nie ma ale woleliśmy dmuchać na zimne. Już dwa razy niestety trzeba było się ratować przez nie ucieczką:).

Po wejściu do głównego pomieszczenia… Normalnie Fallout i Mad Max w jednym!!! Postapokaliptyczna maszyna do cholera wie czego! Przenoszenia się w czasie?! Generalnie… WOW!

IMG_1029

Wyjście z obiektu mimo wszystko chyba łatwiejsze niż wejście:).

I znów kilkanaście złapanych skrzynek i za razem odwiedzonych miejsc. Ruiny mostów (przepiękny widok na ukochany Spichlerz), punkty widokowe, działobitnie, kilkukrotne wspinaczki po murach z użyciem drzewa… kurde no… uwielbiam ten Modlin:D.

Przy „Zaginionej Kapliczce” interesujące zdarzenie. Po dotarciu mniej więcej na miejsce współrzędnych poszliśmy najpierw w lewo, później w prawo. Hmmm… Gdzie to wejście?

Na górze ktoś trenował wspinaczkę, a właściwie zjazdy na linie. Po chwili chyba jednak zainteresował się naszym „podejrzanym” kręceniem się i usłyszeliśmy tylko:

- kapliczki szukacie?!

- yhmy! – odpowiedzieliśmy lekko zaskoczeni.

- to tutaj kawałek dalej macie dziurę i tam już w dół i jest kapliczka.

- eee… OK, dzięki!

Kim był nasz tajemniczy pomocnik okazało się później:).

Po dojściu do kapliczki, a właściwie w trakcie już dochodzenia do niej z moich ust musiały padać mało wysublimowane słowa. Ale ogólnie zaskoczenie nieprawdopodobne! Takiego obiektu w takim miejscu w życiu, absolutnie w życiu bym się nie spodziewał!!! Takie wykonanie, taka lokalizacja – wśród niemalże kompletnych ruin coś takiego. No szok!

Znów kilka ciekawych zdarzeń jak przypierdzelenie przez yoshio głową w konstrukcję Nadzorcówki tak mocno, że myślałem że zaraz się zawali, znów kilka skakań po murach, przeganianie niewiast z punktu widokowego (ale w sumie nie dziwię im się bo jakbym zobaczył siebie w takim stanie wyłaniającego się zza gęstych drzew to sam bym spieprzał i to szybciej niż one), kilka czołgań. Zaliczenie ponoć jednego z ciaśniejszych tuneli o niewymawialnej dla Polaka nazwie;), kilka bram, kilka ruin, kilka wygibasów.

Gdzieś znów się trochę zagubiliśmy i zakręciliśmy. Szliśmy w lewo, w prawo, znów w lewo. Musieliśmy wyglądać faktycznie słabo bo z pobliskiego muru, od osób których sylwetki majaczyły między drzewami usłyszeliśmy:

- którego kesza szukacie?!?!?!

- no… eee… Studni pod dachem!

- to tutaj jest, a tu macie wejście!

Podeszliśmy do muru, wspięliśmy się we wskazanym przez naszego „Wybawcę” miejsce. Po krótkiej rozmowie okazało się, że to ten sam „Pomocnik”, który pomógł nam również przy Kapliczce, a po jeszcze chwili okazało się, że to Zalew!!! Po miłej, choć krótkiej rozmowie ruszyliśmy do poszukiwań. Te trwały krótką chwilę i mogliśmy mknąć dalej.

Wciąż łapaliśmy co się da ale w międzyczasie zaczynało zmierzchać…

Ostatni kesz zdobyty tego wyczerpującego i wykańczającego dnia. Ładnych naście godzin na nogach, ładne grube kilometry w nogach, czołgania, wspinania, kąpiele, upadki. Droga usłana krwią i potem. Było tego dnia wszystko. Więc trzeba było go jeszcze zakończyć w jakiś spektakularny sposób. Tym sposobem miało być „Noc jest ciemna i pełna strachu”.

Już w sumie jak rozniosło się małym echem, że mamy zamiar atakować na Twierdzę dostałem tylko od Maleski wiadomość mniej więcej w stylu „Noc jest ciemna i pełna strachu” – zdobądźcie koniecznie!!!” Czy coś takiego:). Plus jeszcze spotkany przy „Studni pod dachem” Zalew, który również tak cholernie polecał kesza.  Tak czy inaczej tej skrzynki po prostu nie szło odpuścić zganiając na zmęczenie, wyczerpanie, głód czy późną porę (pomijam jak idiotycznie to brzmi w kontekście tego, że to jest skrzynka nocna;)).

Ogólnie mieliśmy plan wrócić na bazę, zjeść coś, poczekać do kompletnego zaćmienia i dopiero wtedy zaatakować kesz. Ale zapadający szybko zmrok spłatał nam takiego figla, że stwierdziliśmy że wracać nie warto i po prostu pójdziemy na poszukiwania od razu, bez wracania do garnizonu.

I tym sposobem ruszyliśmy jaskrawym szlakiem na poszukiwania…

Te szły całkiem sprawnie. Raz się tylko zakręciliśmy ale w sumie błąd naprawiliśmy po 30 sekundach czyli to nawet nie taki duży mistejk. Aż doszliśmy do wspomnianych w opisie dwóch tasiemek…

No i wtedy się zaczęło…

A to co się zaczęło nawet nie mogę opisać. Kurde, tak cholernie nad tym ubolewam bo tak strasznie chciałbym wyrazić swoje emocje jakie mi towarzyszyły. No czułem się jak małe dziecko, które nabrało ciut odwagi i zostało wypuszczone na pierwszy spacer do ciemnego lasu, który okazał się być zamczyskiem strachu:). No… rewelacja.

Ogólnie pierwsza… eee… piątka… keszy zdobywanych przeze mnie. Może nawet pierwsza trójka. Myślę, że absolutne TOP 3 zdobywanych przeze mnie keszy odkąd zacząłem się bawić. Czyli to już prawie 5 lat…

Szacun za pomysł, za wykonanie, za całość. Emocje jakie targały to jest nie do opisania. Było wszystko. Ekscytacja, strach, podniecenie, lęk, euforia. Istna przeplatanka emocjonalna. Rewelacja.

Jak by to powiedział Osioł ze Shreka – JA CHCĘ JESZCZE RAZ!!!:D

Dzień dobiegł końca… Chciałoby się powiedzieć „wreszcie”. W końcu odpocząć, odsapnąć, położyć się, dać odpocząć stopom. Ale ten Modlin pokonuje wszelkie urbexiarnie jakie tylko można sobie wyobrazić! Mimo zmęczenie chce się kontynuować i kontynuować!

Jednak dalsze poszukiwania tego dnia nie miały już sensu. Było zbyt ciemno, a i my byliśmy naprawdę zmęczeni.

Po powrocie do noclegowni przystąpiliśmy do wieczerzy. Paprykarz szczeciński z krupnikiem może i był niekonwencjonalnym połączeniem ale jakim cholernie smacznym! Plus suchary. No uczta pełną gębą! Yoshio wolał zostać przy sprawdzonym zestawie – kiełba, bułka słodka plus woda gazowana. A nie, przepraszam! Piwko:).

Obmyśliliśmy plan na dzień kolejny (niestety nawet najdoskonalszy plan trzeba na bieżąco weryfikować), wykąpaliśmy się (woda po takim dniu jest czymś nieprawdopodobnym) i można było z czystym sumieniem iść spać.

57 punktów (z tego prawie 50 z Projektu) zaliczonych jednego dnia jest chyba całkiem ładnym wynikiem…

*

Ponownie nastawiony budzik na 06:30 na nic się nie przydał bo znów wstałem przed nim.

Powtórka z dnia poprzedniego – owsianka z owocami była boska. Twarożek i herbata również.

I teraz zagadka!!! Zgadnijcie co jadł yoshio;)…

Ruszyliśmy w teren o podobnej godzinie jak dzień wcześniej czyli koło 8 i zaczęliśmy od tego co nie udało się dzień wcześniej. FIRE BOX. Tym razem poszło sprawnie, a my po przestawieniu samochodu rozpoczęliśmy kolejny długi spacer…

Tunele, ogrody edeńskie, krypty, cmentarze. A na cmentarzach dusze… Martwe Dusze…

Pozwolę sobie przekleić praktycznie to co wpisałem w logu aby się nie powtarzać bo niczego nowego i odkrywczego już bym nie napisał.

Po analizie mapy okazało się, że wejście do Martwych Dusz jest zaraz za terenem cmentarza.

Yoshio gdzieś się zagadał z telefonem przy uchu, więc ja korzystając z tego momentu samotności, postanowiłem poszukać wejścia samemu i obejrzeć co mnie może czekać. Znalazłem jak największe wejście pomiędzy drutem kolczastym, przełożyłem nogę i przeszedłem sobie bez najmniejszego kłopotu za teren. Znalazłem wejście i stanąłem jak taki kafel, podparłem pod bok, drapię po głowie i sam do siebie zaczynam rzucać „kobietami lekkich obyczajów”:).

Po chwili Kompan skończył rozmowę (w tym czasie był cały czas na terenie cmentarza). Patrzę co on robi, a on przerzuca plecak na drugą stronę drutu jakby co najmniej spitalał z Alcatraz, kładzie się na ziemię, obraca na plecy i sunie na tych plecach na drugą stronę drutu. Nie powiem, skonsternowałem się trochę… Ale uprzejmie i kulturalnie zapytałem:

- co Ty odpier****sz?

- no… przechodzę do Ciebie. A co Ty inaczej przeszedłeś?

- eee… no… tak. Tam metr obok masz taką dziurę, że możesz samochodem wjechać:).

No i po tej krótkiej tematycznej rozmowie wymieniliśmy jeszcze kilka uprzejmości na temat wielkości zaoferowanego otworu, pomedytowaliśmy i ruszyłem w dół. Powiem szczerze, że po tej skrzynce i po „Elektrowni „NAREW”, nie będę już miał jakiś tam wahań czy gdzieś się zmieszczę, czy gdzieś wejdę i czy gdzieś tam nie utknę. No jeżeli zmieściłem się tutaj to chyba zmieszczę się już wszędzie. Fakt, przytkało mnie w pewnym momencie i musiałem wrócić kilkadziesiąt centymetrów w górę ale po zmianie ułożenia kończyn dalej jakoś poszło i mogłem kontynuować podróż w podziemną gardziel. W końcu to taki luksus, bo rzadko kiedy mam okazję zejść po takiej profesjonalnej drabinie;). Chyba jakaś najnowsza konstrukcja inżynierów z Castoramy:).

Kiedy moje stopy dotknęły ziemi rozejrzałem się dookoła. Kilka takich komnat już odwiedziliśmy ale niestety potwierdziły się pewne moje przypuszczenia. Korytarz którym trzeba było zmierzać szedł w stronę w którą nie chciałem by szedł:/…

Poczekałem na Kompana delikatnie sugerując gdzie stawiać nogi przy schodzeniu po tej budowanej z zegarmistrzowską precyzją drabinie. I on był już na dole.

Ruszyliśmy w ciemność… No może jasność bo mieliśmy latarki ale wiadomo o co chodzi:).

Kiedy korytarz się skończył ujrzeliśmy „TO”. Siedziało na końcu rozwidlenia i patrzyło prosto na nas. Staliśmy tam jak pały i patrzyliśmy na siebie. „ONO” na nas, a my na „TO”. Dobre 15 sekund w milczeniu, w bezruchu, w ciszy. Dopiero po upływie tego czasu z któregoś z naszych gardeł (nie pamiętam już którego) wyszły słowa „co to siedzi? Zobacz jak mu się oczy świecą”. Zrobiłem delikatny krok do przodu. Co to za stwór któremu tak groźnie w oczach odbijają się światła naszych latarek?! Jeszcze krok, i jeszcze jeden, kolejny… Już wiedziałem co to za stwór… To był kur*a srebrny czajnik w którym się odbijały nasze światełka:)… No dwoje dorosłych facetów posrało się prawie na widok czajnika:D. Swoją drogą czajnik wyglądał na dość nowy i mało używany (o ile w ogóle). Ogólnie było kilka śladów „świeżych” śmieci. Mam nadzieję, że to nie keszerzy są takimi świniami…

Po małym rekonesansie i odnalezieniu miejsca kesza, wydobyciu go, dokonaniu wpisu, kiedy czekałem aż yoshio jeszcze odłoży skrzynkę na miejsce postanowiłem pójść do ostatniej odnogi, która została mi do spenetrowania. Ale zaniechałem kiedy poczułem dosłownie BUCHNIĘCIE smrodu padliny w moją twarz. Jeszcze bardzo długo czułem ten zapach. Może to moja wyobraźnia ale na 99% nie. Tak czy inaczej to dla mnie pozostanie tajemnicą,  której nie chcę rozwikłać;).

Jeszcze podróż na górę w ślimaczym tempie, poczekanie chwili na Towarzysza (miałem wizję jak będąc już wychylonym do połowy coś wciąga do w dół;)), otrzepanie się, odetchnięcie i wieeeeeeeeeelki banan na mordach:).

Było zajebiście:).

No i po chwili kolejne, delikatnie mówiąc, niecodzienne zdarzenie.

Kolejne co postanowiliśmy odwiedzić to „Lunety fortów bastionowych”.

Powiedzieć, że tutaj mieliśmy przygodę to może trochę zbyt dużo powiedziane ale okoliczności były co najmniej niespotykane.

Ogólnie po przedzieraniu się przez kolejne metry krzaczorów wyszliśmy na bardzo przyzwoitą drogę, która doprowadziła nas pod same lunety.

Okrążyliśmy budynek w poszukiwaniu jakiegoś wejścia i znaleźliśmy tylko jedno. Myślę, że obecnie jest tak naprawdę właśnie tylko to jedno. Nie wiem jak było dawniej. Tak więc czekała nas kolejna malutka wspinaczka po drzewie.

Po kilkunastu sekundach zameldowaliśmy się na górze.

A tam na ziemi leżał worek ziemi. Taki worek ziemi do kwiatów. Po prostu. Zapakowany, nowiuteńki. Żadne ciekawe znalezisko. Po minucie przekonywania Towarzysza, że „na ch*j mu ten worek?!” (bo usilnie chciał go zabrać ze sobą) w końcu udało mi się wyperswadować mu, żeby go nie targać. Ale zrobiliśmy dosłownie 3 kroki i ujrzeliśmy… takie same dwa worki. Wymieniliśmy spojrzenia, kilka dowcipów, zrobiliśmy kolejne trzy kroki i zobaczyliśmy… doniczki. Bodajże dwie takiej średniej wielkości i jedną taką całkiem sporą. Zmarszczone brwi zarówno u yoshio jak i u mnie mogły świadczyć o tym, że oboje jesteśmy zaskoczeni. Ale następne dwa kroczki rozwiały już nasze wątpliwości co się tutaj hoduje:).

Mianowicie ktoś zrobił sobie mini plantację;). Wiadomej rośliny:).

Obfotografowaliśmy sobie nasze znalezisko, poszukaliśmy kesza, dokonaliśmy wpisu i poszliśmy dalej.

Generalnie mnie w żaden sposób taka roślinność nie przeszkadza. Ale jak to może być dalej kiedy właściciel plantacji spotka jakiegoś keszera na miejscu to cholera wie. Ogólnie bardziej niebezpieczny niż nasze znalezisko jest Barszcz Sosnowskiego (zabił już bowiem jedną osobę) ale cholera wie kto dogląda swojej latorośli…

20150711_193544

Zmęczenie w międzyczasie zaczynało dawać o sobie znać… Upał lał się z nieba. Znów zaczynał łapać głód. Nogi zaczynały palić. A my wciąż po krzakach jak te łanie. Znowu tunele, korytarze, bramy, wentylatory…

Nawet Baśkę odwiedziliśmy:)! Wzbudziliśmy naszymi wyglądami chyba pewne podejrzenia ale ostatecznie jeszcze zachowaliśmy widocznie w oczach dobre wrażenie bo wszystko zakończyło się pozytywnie.

Kolejne ciekawe doświadczenie miało miejsce w „Lunecie Generała Sowińskiego”.

A to gigantyczny obiekt!

Moment zajęło nam samo zlokalizowanie wejścia do tunelu gdzie jest skrzynka, a samo łapanie było bogate w doznania.

Najpierw słabo zrozumiałem opis skrzynki więc kiedy yoshio wskoczył do środka, ubzdurałem sobie coś, że to nie jest tunel tylko, że wystarczy wskoczyć na ten murek i skrzynka jest gdzieś zaraz obok. Ale po chwili usłyszałem głoś Kompana i pytanie:

- a ty nie idziesz?!

- no ale ta skrzynka to nie jest już tutaj zaraz?

- no nie, jest na końcu tunelu!

Pomyślałem sobie – tunelu? To to jest tunel?

No nic, to wskakuję. Po przeskoczeniu muru dało się słyszeć wyraźny dźwięk pisków nietoperzy, a każdy krok w stronę źródła pisków i tym samym w stronę kesza był coraz mniej przyjemny ze względu na odór w stronę którego się zbliżaliśmy. Ale co mogło być źródłem takiego fetoru?!

Odpowiedź przyszła szybciej niż się spodziewałem…

Nietoperze bowiem gnieździły się w czymś na kształt studzienki czy wentylacji. Po zaświeceniu w górę, w źródła nieprawdopodobnego już pisku okazało się, że caaaaałłłłłłyyyyy sufit się rusza. Dosłownie!!! Dziesiątki nietoperzy dosłownie gnieździły w studzience, przelatywały z jednego końca jej na drugi. Calusieńka powierzchnia tej minimalnej studzienki dosłownie się poruszała!!! Nieprawdopodobnie nieprzyjemne uczucie.

Aha!!!

A źródłem paskudnego zapachu były odchody nietoperzy! Gnieżdżąc się na szczycie studzienki musiały się załatwiać, a ich fekalia utworzyły spory kopczyk! Więc aby dostać się do kesza trzeba go minąć. Zapach jest paskudny. Wolałem brodzić po zbiorniku nafty niż być tam gdzie byłem wtedy.

Yoshio oczywiście nie mógł odpuścić sobie żartu, że niedługo się tak zasrają, że utworzą taki słup i z tej studzienki już nie wylecą:).

I tym sposobem zbliżaliśmy się do zakończenia naszego wyjazdu do Modlina i jego Twierdzy…

Zostało jeszcze kilka skrzynek i przy każdej praktycznie śmieszne zdarzenie. Jak chociażby wyskakujący z pobliskich krzaków z charakterystycznym dla siebie bulgotem, bażant. A to już nie moja wina, że mój odruch bezwarunkowy jest taki a nie inny i pierwsze co robię w momencie zaskoczenia to klnę jak szewc bez względu na to co się dzieje;). I tym sposobem bażant został nazwany „starą ku*ą jeb**ą”;).

Ale tak jak mówiłem zbliżaliśmy się już w szybkim tempie do zakończenia naszego weekendowego wypadu do Modlina.

*IMG_1067

 

Wyjazd niesamowity. Prawdopodobnie najlepszy i najciekawszy ze wszystkich eskapad jakie do tej pory miały miejsce w mojej keszerskiej przygodzie. Natłoczenie urbexów, które po prostu kocham. Masa śmiechu, żartów, przygód. Masa nieprawdopodobnych skrzynek. Sporo wyzwań. Brudu. Potu. Krwi. Poznałem czym jest gęstwina nie do pokonania. Kiedy stoisz przed ścianą roślinności, a Garmin pokazuje mniej niż 10 metrów do celu. Ale wiesz, że nie dasz rady dojść do celu najkrótszą drogą i musisz szukać innej.

Nieprawdopodobne miejsca o których nie miałem pojęcia. Historia obiektów, które kryją w sobie tyle tajemnic. Zostanie mi wszystko w pamięci na zawsze.

Przed wyjazdem pytałem Kerama czy istnieje szansa aby całość zrobić w jeden dzień. Ciężkie pytanie ale… chyba istnieje na to cień szansy:). Nam się to nie udało ale chyba istnieje możliwość aby to zrobić. Myślę jednak, że trzeba wybrać jeden z najdłuższych dni w roku, przygotować się na zasuwanie od saaaaaamiusieńkiego rana kiedy tylko robi się widno (powiedzmy od 4 czy 5 rano, no i śmigać do 22. Przygotować naprawdę solidny plan skrzynkowy odrzucając skrzynki, które zabierają najwięcej czasu, a uwzględnić tylko te, których łapanie jest formalnością. Wtedy jest to wykonalne. Chyba.

Tylko po co?!?!

Przecież Modlin jest tak magiczny, że warto spędzić w nim przynajmniej weekend delektując się każdym z miejsc!!! A skrzynki, które zabierają najwięcej czasu są esencją tego wyjazdu.

Nad każdą skrzynką należy się pochylić. Żadna nie jest tuzinkowa i zwykła. Każda przedstawia coś ciekawego i interesującego. Niektóre ukryte są w nietuzinkowy sposób, kilka zaskakuje rozmiarem. Wiele pozwala zmierzyć się ze słabościami i lękami oraz pokonać własne opory. Mnóstwo inspiruje pomysłowością i niesamowitymi rozwiązaniami. Przed wyjazdem na pewno należy uzbroić się w sporą ilość gwiazdek bo będą się rozchodzić w oka mgnieniu. Praktycznie każdy obiekt zasługuje na uznanie. Nawet siedząc już z yoshio w samochodzie podczas powrotu do Łodzi, stwierdziliśmy że na dobrą sprawę, każda skrzynka zasługuje na najwyższą nagrodę. I myślę, że to może być doskonałe podsumowanie tego czy warto przyjechać do Modlina. Jeżeli ktokolwiek jeszcze się waha i zastanawia.

Aha, taka ciekawostka na koniec.

Maleska mówiła, żebyśmy zabrali koniecznie coś na  komary i kleszcze. Zabrałem. Ale rano przed wyjściem zapomniałem użyć. A później nie wracaliśmy już do bazy i nie było okazji nadrobić niedopatrzenia.

Tak więc obawiałem się ile to stworzonek (kleszczy bo komary nie mają znaczenia) mnie obsiadło i dało radę się we mnie wbić. A więc… wbiło się we mnie… ZERO:). Ani jednego! Miłe to z ich strony:).

 

*

 

Dziękuję wszystkim i każdemu z osobna za to, że dodał od siebie cegiełkę do tego Projektu. Ludzie – jesteście Wielcy!!! Dzięki Wam ta zabawa jest czymś co sprawia, że uśmiech nie schodzi z twarzy podczas możliwości obcowania ze skrzynkami. To cała esencja wszystkiego o czym od dziecka się marzy.

Raz jeszcze dziękuję.

Komentarzy: 2 .

  1. Andrzej pisze:

    Niezła eksploracja! Pozdrawiam

  2. lavinka pisze:

    Co jakiś czas wracam i zawsze jest coś do zwiedzania, twierdza się po prostu nie nudzi.

Dodaj komentarz


Możesz dołączyć zdjęcie do komentarza klikając tutaj.

OC

OpenCaching w Polsce

STRONA GŁÓWNA | FORUM | ABC GEOCACHINGU