Puchar Wagarowicza
LSD TEAM, 15 kwietnia 2014

Czy można traktować zabawę w Geocaching jako formę rywalizacji? Niektórzy zapewne tak do tego podchodzą. Parcie na jak największą liczbę gwiazdek, najwyższe oceny, wyścigi po FTF’y. Ale czy można zorganizować zawody w szukanie skrzynek w jednym miejscu, w jednym czasie dla wielu ekip na raz? Organizatorzy tegorocznego Pucharu Wagarowicza w Siedlęcinie podjęli takie wyzwanie.

LINK DO WYDARZENIA: opencaching.pl/viewcache.php?cacheid=31861

UWAGA! Przed przeczytaniem tego tekstu rozluźnij się i nie traktuj wszystkiego zbyt poważnie, każdy kto nas zna ten wie, że jesteśmy w miarę normalni :) Pozdrawiamy!

Pomysł na udział we wspomnianych zawodach zrodził się w głowie Snieeega w niedzielę, tydzień przed eventem. Przyzwyczajeni do faktu, że pomysły naszego kolegi zazwyczaj są idiotyczne, nie podeszliśmy do tego z wielkim entuzjazmem. Tym bardziej, że mieliśmy tylko 2 doby na wysłanie zgłoszenia, a żaden transport nie był ogarnięty. Jednak Snieeegu ruszył z szybką akcją marketingową i na kilka godzin przed końcem przyjmowania zgłoszeń mieliśmy już 2 samochody i 8 osób chętnych na wyjazd. Ostatecznie na pokładzie znaleźli się: dżazder (kierownik drużyny „Wrocławska Patologia”), lupi, Ala Ł, snieeegu, xlud, kret11&ewa-chan i ratowniczka.

Zdobywamy kesza w Siedlęcinie

Zdobywamy kesza w Siedlęcinie

Jadąc do Siedlęcina zastanawialiśmy jaką formę będą miały te zawody? No bo jak to tak ścigać się z innymi w poszukiwaniu skrzynek. Nasze wątpliwości zostały szybko rozwiane na miejscu, gdzie poznaliśmy zasady rywalizacji. 25 keszy w terenie, ekipy startują co kilkanaście minut, na starcie każda drużyna otrzymuje książeczkę z opisami keszy i mapkę, trasa dowolna. Oprócz tego dostaliśmy kartę, na której należało zaznaczać znalezienia poprzez wpisanie kodu ze skrzynki – koniecznie kredką, która znajdowała się w pojemniku, co miało wyeliminować wszelkie próby oszustwa.

Wacuś

Snieeegu z Wacusiem

Przed wyruszeniem na miejsce startu zameldowaliśmy się w bazie w Siedlęcinie, gdzie mieliśmy czas na znalezienie miejscowych keszy, pozwiedzanie okolicy, podziwianie górskich widoków. Oczywiście największe wrażenie zrobił na nas plac zabaw o wdzięcznej nazwie “WACUŚ”.

W samej bazie mocno zaskoczyła nas ogromna rzesza osób startujących w zawodach. My musieliśmy czekać i czekać i czekać na upragniony start. Aby umilić sobie oczekiwanie, postanowiliśmy wybrać się we 4 (lupi, dżazder, xlud, snieeegu) po najbliższego kesza w ramach “rozgrzewki”. Aby poszczególne partie mięśni nie zawiodły nas podczas samych zawodów, postanowiliśmy poćwiczyć wytrzymałość i celność podczas naprędce zorganizowanych przez nas „I mistrzostw Polski w rzucie Garminem”. Podczas ich rozgrywania na szczęście nie ucierpiał żaden Garmin :)

Snieeegu rzuca Garminem

Rzut Garminem

Potem dotarliśmy do wyśmienitego patentu rakuu, czyli OP5F11, którego to kesza serdecznie polecamy. W drodze powrotnej zdecydowaliśmy się na szybką eksplorację położonego na zboczu wzgórza Siodło schronu przeciwlotniczego i tylko brakowi podręcznych komponentów keszerskich możemy przypisać brak skrzynki w tym miejscu :) Powróciliśmy na start imprezy na tyle wcześnie, by jeszcze chwilkę się wynudzić i zorientować się, że pierwszy z keszy “imprezowych” położony jest tuż za linią startu.

Po czym bodajże o 11:54 wybiła nasza godzina, kiedy to całą ósemką ruszyliśmy dziarsko w górę szybko zaliczając pierwsze skrzynki. Było coś zbyt łatwo :) Kłopot zaczął się w wyższych partiach lasu, gdzie wszechobecne kolce, strome, nierzadko prawie pionowe zbocza góry i turlające się w dół pnie zdrowo dawały nam popalić. W pewnym momencie cała ekipa mocno się porwała i w efekcie rozdzieliliśmy się na 2 główne grupy – w pierwszej, idącej dołem znaleźli się Ala, lupi oraz kret11&ewa-chan. Druga ekipa – idąca górą opierała się na snieeegu, dżazderze, xludzie i ratowniczce. I tutaj rozpoczął się naprawdę wymagający etap naszej zabawy. Nie przeanalizowaliśmy dróg i poziomic na mapie zbyt dokładnie, co odbiło się na naszej kondycji, gdy „ekipa 2″ podchodziła najbardziej stromym zboczem po 2 pojemniki.

Ruszamy na trasę

Ruszamy na trasę

Do naszej taktyki wkradły się drobne błędy i niedbałość – dżazder przeoczył pewne miejsce, w którym szukaliśmy jednego z keszy, więc spędziliśmy tam 20 minut wytrwale poszukując. Gdy dżazder i xlud zniechęcili się i poszli wyżej, snieeegu jakimś sobie tylko znanym sposobem wynalazł kesza (po prostu podniósł kamień, który przeoczył dżazder i z przekleństwami na ustach dał wyraz swojej frustracji :) (dop. dżazder „było słychać na samej górze nawet”) ). W międzyczasie odłączyła się od nas ratowniczka, aby odnaleźć „ekipę 1″. Poorani przez chwasty i kolce pozostali trzej członkowie „ekipy 2″ dopięli swego, lądując ostatecznie na szczytowej skałce. Tam doszło do miłego spotkania z Plombą, Plombi i innymi keszerami, którzy dobre 15 minut przeczesywali ową skałkę w poszukiwaniu “korka”. A tu snieeegu wpadł na górę i jakimś cudem pierwszy wyhaczył keszyka. To był najbardziej morderczy etap, potem czekało nas głównie schodzenie w dół. Zaliczając we 3 po drodze jeszcze parę keszy „ekipa 2″ dołączyła w końcu do „ekipy 1″, która przez ten czas także nie próżnowała, odnalazła bowiem 2 czy 3 inne kesze, które razem następnie logowaliśmy na kartę startową.

Jedyne zdjęcie z trasy zawodów

Jedyne zdjęcie z trasy zawodów

Potem już w komplecie przedzieraliśmy się dalej i dalej zgarniając szybko kolejne skrzynki. Jakież było nasze zdumienie, kiedy okazało się, że podążając trasą mistrzostw znaleźliśmy się dosłownie 10 metrów od zaliczonego przed paroma godzinami kesza rakuu :) Niezbadane są koleje losu geokeszerów… :) Nie mając zbytnio czasu na zbędne pitu-pitu polecieliśmy najszybciej jak mogliśmy po ostatnie kesze na trasie. Tych szukaliśmy już właściwie w 8, więc szło nader dobrze. W międzyczasie Wołki.lca zadzwonili do nas z mety przechwalając się, że udało im się ukończyć trasę i znaleźć wszystkie 25 keszy w nieco ponad 2 h (jak się potem okazało, zostali zwycięzcami z czasem 2:07 h). To zestresowało nas nieźle, ale i dodało kopa adrenaliny. Niestety – tak dobrego czasu nie wykręciliśmy. Zameldowaliśmy się na mecie z czasem 159 minut, co ostatecznie po przeliczeniu wyników dało nam 5 miejsce. Jak na pierwszy raz – uważamy, iż poszło nam nawet nawet :)

Wyrazy uznania ślemy tym, którzy pokonali trasę szybciej, prościutka to ona nie była. Jednocześnie pragniemy również podziękować organizatorom, gdyż za sumę z wpisowego (naprawdę symboliczną – 15 zł od niezrzeszonych w PTTK) dostaliśmy wydrukowane w kolorze materiały, gadżety, ciepły posiłek, napoje bezalkoholowe ( :( ), bułki, drożdżówki, możliwość skorzystania z zaplecza sanitarno-kuchennego i miejsca noclegowego oraz przejazd autokarem na miejsce rozgrywania zawodów. Sama trasa, włączając wykonanie pojemników, ich opisy, informacje dodatkowe o miejscu zmagań również została dopracowana na niezłym poziomie.

Tańczący na rurze

Tańczący na rurze, dżazder bardziej świecący

Trasa mistrzostw została wprawdzie przez nas ukończona, jednakże słoneczne popołudnie ani myślało się skończyć, przez co postanowiliśmy, iż po krótkim odpoczynku ruszymy na 2 auta do Jeleniej Góry pokeszować i uzupełnić płyny :) Bardzo czyści, bardzo pachnący, bardzo wypoczęci załadowaliśmy się do samochodów i ruszyliśmy w kierunku miasta. Na pierwszy ogień poszły bardzo fajne keszyki – OP6941 - ochoczo gwiazdkowany (dżazder popisał się kunsztem keszerskim), szybko znaleziony OP628B, długo szukany i intrygujący OP6899. Przy okazji powrotu z tego kesza snieeegu został nowym Kamilem Stochem (i to w lepszej wersji, bo skacze z jedną nartą), a Lupi mimowolnie „postanowił”, że popływa w pobliskim czymś (nie wiadomo, czy to rzeka czy sadzawka). Dziwna kolej rzeczy, bo był jedyną trzeźwą osobą, która tańczyła na rurze :)

Nasz przyszły miszcz!

Nasz przyszły miszcz! Snieeegu!

Następnie postanowiliśmy przenieść się bardziej do centrum, gdyż Lupi ostatnie 2 h powtarzał w kółko „chodźmy na EKSTREMALNĄ”. Mówił to tyle razy, że zdecydowaliśmy, iż jedynym sposobem na jego uspokojenie jest pojechanie po OP47F7. Ale zanim to uczyniliśmy, postanowiliśmy poszukać OP4805, który to kesz sprawił, że z 7 keszerskich kont obecnych na keszowaniu wypłynęło aż 5 rekomendacji :) Przy okazji miłośnik zapachów „przyjemnych inaczej” (dżazder of course) postanowił szukać tego kesza w miejscach, gdzie nikt normalny kija nie wsadzi. No to kapitan naszej ekipy władował się tam cały. Ironiczne brawa dla kolegi.

W dalszej kolejności padła właśnie EKSTREMALNA, którą podjął człowiek od zadań specjalnych – snieeegu. Pomysłowość jeleniogórskich keszerów po raz kolejny została przez nas nagrodzona Orderami Zielonej Gwiazdy. Nie inaczej było przy OP6085, pomysł przedni, warty docenienia! Kolejne na trasie były OP6084 i OP49A8. Szczególnie drugi waypoint warty jest zapamiętania. Tutaj padliśmy na kolana przed kunsztem wykonania kesza. 6 rekomendacji/7 userów – chyba mówi wszystko (na marginesie – Ratowniczka też by dała gwiazdkę, gdyby tylko regularnie logowała swoje znalezienia :D ). W dalszej kolejności odwiedziliśmy kesza OP7B59 z wrocławskim akcentem, którego posadził w Jeleniej Górze doskonale nam znany Lenser1. Patent ów dobrze większości znany, niech więc się rozprzestrzenia i u sąsiadów. Chwilę później nabrać chciał nas chińczyk swoim OP4A92, ale po raz kolejny przydał się tu snieeegu. Bardzo ciekawym keszem okazał się też OP6C43, jednak wrażenia nieco popsuła swoista perfumeria w okolicy :P Jak najbardziej doceniamy jednak samą skrzynkę! Ze skrzynek wartych polecenia zapamiętaliśmy na pewno także OP5ED2 - to po naszemu taki typowy „kawior&jardo style”, mieliśmy tego typu skrzynki we Wrocławiu (jednak ta lokalna miała inaczej umiejscowiony sam pojemnik – niby patent znany, a nieznany).

Klipsiaki i Cebulaki

Klipsiaki i Cebulaki

Tego dnia wycieńczenie dawało się już we znaki, więc wybraliśmy się czym prędzej do TESCO na szybkie zakupy połączone z czymś w stylu obiadu :) Zaopatrzeni na wieczór (a w przypadku snieeega i dżazdera także na dużą część nocy) powróciliśmy do Siedlęcina zażyć odpoczynku. Z nami relaksowała się na sali około 100 osobowa grupa gimnazjalistów, było więc wesoło i głośno. Korzystając z okazji, iż obecne były na sali piłkarzyki postanowiliśmy poprawić znacząco naszego skilla w tejże dziedzinie :) Ale w ciągu paru chwil wyszły u nas elementarne braki techniki (jak i braki w wypoziomowaniu podłogi na sali – oczywiście inżynier dżazder próbował wyrównać wszystko do odpowiedniego poziomu, ale jego stan pozwalał na co najwyżej podłożenie zgniecionej puszki pod nogę od stołu), więc uznaliśmy, że bezpieczniej będzie zasiąść ze świeżo przybyłymi Wołki.lca do chińczyka (taka gra planszowa, nie mylić z obywatelem Chińczykiem). Pogaduchom długo nie było końca, Krzysiek i Agnieszka zrelacjonowali nam pokrótce zabawę „Gdzie jest marzanna?” – będącą specjalnym nocnym etapem multikesza (patologicznej ekipie wrocławskiej wstyd się przyznać, ale nie starczyło nam siły i zapału na podjęcie rywalizacji). A potem snieeegu i dżazder jako jedyni pozostali na placu boju, zawsze gotowi porozmawiać o życiu przy złotym trunku. W międzyczasie lokalna kowarska młodzież gimnazjalna postanowiła włączyć się do odwiecznej światopoglądowej wymiany myśli. I tak zleciał nam czas do 3 rano, gdy ktoś stwierdził, iż jest właściwie 4 rano wg nowego czasu. Ponieważ wszystkie „pijalne” rzeczy skończyły się wcześniej, także i my postanowiliśmy, że skończymy :)

Niedzielny poranek oczami snieeega:

Poranek nadszedł gwałtownie i mocno, niczym lewy sierpowy starszego z braci Kliczków. A właściwie obu Kliczków naraz. Koło 7:30 już w zasadzie cała 8 jako tako żyła i zwlekała się spod śpiworków wychodząc na nieprzyjazny świat. A naprawdę atmosfera była nieprzyjazna i powietrze gęste (na miejscu nie było prysznica). Potem nastąpiło szybkie przyswajanie pokarmu, bo tylko tak można nazwać próby zjedzenia z dżazderem na spółkę paru bułek z konserwą, gdy żołądek zdawał się kurczyć, przewracać i do gardła podchodzić :) Ale życie keszera życiem żołnierza, nie ma to tamto! Przed 10 w zasadzie byliśmy zwarci i gotowi na to, by pojechać dopisać sobie +kilkanaście do statystyk ! W tym miejscu snieeegu składa gorące podziękowania Ali, za to, iż z chirurgiczną precyzją pomogła mu pozbyć się około 20 drzazg i kolców z obydwu dłoni – dzięki, Alu ;)

Niedzielny poranek oczami dżazdera:

O w mordę, co się dzieje, jakie światło, gdzie zegarek, co tu tyle ludzi?
Ktoś nam ukradł jedną godzinę snu przestawiając zegarki. I tak spaliśmy tylko dwie godziny zamiast trzech :( To było okropne przeżycie. Na śniadanie bułki z konserwą smarowane scyzorykiem i wielokrotne głośne “fuuuj” po drugiej stronie stołu. Ta dzisiejsza młodzież nie potrafi docenić “śniadania mistrzów”. Cóż, każda dobra zabawa musi się odbić czkawką. I tak na koniec się okaże, że ci, co spali najdłużej, będą najwięcej marudzić. Nie ma to tamto.
Pamiątkowa fotka i do domu

Pamiątkowe zdjęcie i do domu

Plan na ten dzień był prosty. Część grupy chciała keszować w Cieplicach. Druga część grupy miała na wszystko wywalone i chciała spać. Wylądowaliśmy w Cieplicach. Pierwszy kesz, zaczynamy grzebać, szukać, biegać tu i tam. Dżazder stwierdził, że jemu na keszach nie zależy i ruszył uzupełnić płyny do sklepu naprzeciwko. Otwarcie drzwi i:

dżazder: “Dzień dobry!”
sklepikarz: “Szukajcie w stojaku na rowery”
dżazder: “A spoko, to zaraz wyjdę i pokażę im jak się powinno szukać :D”
sklepikarz: “no bo ja to właśnie tak widzę, że ciągle ktoś tu przyjeżdża i czegoś szuka, tylko nie wiem o co chodzi”
(…)

Ale zanim zaopatrzył się w niezbędny do przeżycia asortyment to towarzysze niedoli kesza odnaleźli. Nic to, trzeba było ruszać dalej. W miarę upływu kolejnych minut, w żyłach krew krążyła coraz szybciej, ekipa odzyskiwała siły, kolejne kesze padały naszym łupem. Pogoda dopiswała. Dzień minął nam wspaniale.

kleszczu

Kleszcz Pszemek, pupil Śniega

Ostatnie kesze przed wyjazdem okazały się dla nas trochę pechowe. Przy którymś z nich okazało się, że jesteśmy celem zmasowanego ataku kleszczy. Niektórzy z nas wielokrotnie musieli używać wszelakich mocy i dostępnych narzędzi, aby walczyć z armią tego ustrojstwa. Prawdziwa plaga. Radzimy uważać, tym bardziej, że docierają nas słuchy z wielu frontów, że nie tylko my miewamy problemy z tymi darmozjadami.

Mimo zmęczenia, nie za bardzo nam się chciało wracać do Wrocławia. Ale mus to mus. Około 16 zapakowaliśmy się do samochodów i wyruszyliśmy do domów, zgarniając przy okazji wszystkie przydrożne kesze i odwiedzając jakieś wiochy zabite dechami, gdzie psy dupami szczekają, a asfalt zwijają jeszcze przed dwudziestą drugą (np. Kostomłoty). Zaliczyliśmy też wycieczkę do Sadowic Wrocławskich, gdzie spenetrowaliśmy dokładnie opuszczony (no, prawie) dworzec kolejowy. Bardzo polecamy!

Opuszczone Sadowice

Opuszczone Sadowice

Ludziska pomeldowali się w domach po godzinie 20. Wszyscy powrócili żywi, bez poważniejszych kontuzji (co najwyżej, u niektórych mogły pozostać urazy psychiczne, po dokładnym poznaniu niektórych członków naszego teamu).

Fantastyczny weekend ze świetnymi ludźmi. Mamy nadzieję, że za rok będzie okazja do powtórki, a na starcie stawi się znacznie więcej ekip keszerskich, do czego chcielibyśmy się przyczynić publikując tę pseudo-relację :)

Oczywiście chcemy nadmienić, że impreza wcale nie miała wydźwięku patologicznego, który może się wylewać z powyższej opowiastki. Wszyscy uczestnicy cechowali się pełną kulturą, szykiem, elegancją, nieskazitelnym słownictwem i umiarkowaniem w jedzeniu i piciu :) Po prostu – lubimy trochę ubarwiać opowieści :) Do zobaczenia za rok!

Z keszerskim pozdrowieniem!
snieeegu & dżazder

—–

Na koniec jeszcze szybkie odpowiedzi członków naszej ekipy na 3 krótkie pytania :)

kret11 mówi:

  • „co Ci się podobało na pucharze wagarowicza?” atmosfera
  • „co Ci się nie podobało na pucharze wagarowicza?” tempo
  • „co zapamiętasz na długo z pucharu wagarowicza?” wołki xD

dżazder mówi:

  • „co Ci się podobało na pucharze wagarowicza?” ludzie, organizacja, góry, pogoda :)
  • „co Ci się nie podobało na pucharze wagarowicza?” zapach skarpetek Snieeega, gdy ściągnął buty przed snem xD
  • „co zapamiętasz na długo z pucharu wagarowicza?” wyprawę po „korek”

ratowniczka mówi:

  • „co Ci się podobało na pucharze wagarowicza?” bigos, drożdżówki, chińczyk, huba na zawiasach
  • „co Ci się nie podobało na pucharze wagarowicza?” wyjazd z Wro o nieludzkiej porze i to, że nie mogłam się napić kierowcą będąc
  • „co zapamiętasz na długo z pucharu wagarowicza?” kłujące krzaczory i dwie godziny wyciągania drzazg!!!

snieeegu mówi:

  • „co Ci się podobało na pucharze wagarowicza?” ilość i jakość zorganizowanych na miejscu „usług”, sprawna koordynacja, 16-letnie tyłeczki,
  • „co Ci się nie podobało na pucharze wagarowicza?” długość doby, mała ilość trunku, KOLCE K***A, KOLCE !!!
  • „co zapamiętasz na długo z pucharu wagarowicza?” operację od-drzazgowywania i od-kleszczowywania, Kleszcz Pszemek na zawsze w moim sercu

Ala Ł mówi:

  • „co Ci się podobało na pucharze wagarowicza?” to, że ktoś pomyślał o keszerach
  • „co Ci się nie podobało na pucharze wagarowicza?” nie można się było umyć po całodniowym zapierdzielaniu
  • „co zapamiętasz na długo z pucharu wagarowicza?” yyy nie wiem, wszystko?

Komentarzy: 3 .

  1. Przemek pisze:

    Świetna inicjatywa i do tego fajnie opowiedziana historia :) Przyjemnie się czytało, pozdrawiam

  2. strona pisze:

    Olsniewający strona naprawde – duzo sie dowiedziałem

  3. michael50 pisze:

    Aż się łezka w oku kręci, jak się czyta o keszowaniu zieloną wiosną, gdy za oknem zima i zimno. Ciekawa hostoria, opowiedziana z taktem i humorem. Mam nadzieję, że i ja kiedyś zawitam w okolice Jeleniej Góry.

Dodaj komentarz


Możesz dołączyć zdjęcie do komentarza klikając tutaj.

OC

OpenCaching w Polsce

STRONA GŁÓWNA | FORUM | ABC GEOCACHINGU