Oberschlesien, tak poproszę.
freney, 17 listopada 2013

the beginning

Patrzę Ci ja w ten listopadowy kalendarz, patrzę na te kilka pomysłów na zagospodarowanie kolejnych weekendów, ale w końcu zamiast gdzieś daleko, to na Ślunsko Ziemia się zdecydowałem. Prawie pod nosem szykował się ciekawy event , więc w ostatniej chwili kliknąłem chęć zauczestniczenia i dalej już wszystko poleciało swoim torem. Co prawda skrzynek w okolicy niewiele było, ale stwierdziłem, że przynajmniej się wyśpię, porozmawiam ze znajomymi , wygrzeję się przy ognisku, tak to sobie ten wydłużony weekend wyobrażałem. Akurat Jed team ( na kogoś trzeba to wszystko zwalić ;) ) puścił newsa o wolnych miejscach noclegowych w domku, więc się dopisałem do ekipy. Teraz, już po wszystkim, to się dalej nadziwić nie mogę, jak to jedno niepozorne kliknięcie może oznaczać trzy dni ciorania się w błocie po lesie. Ano taki już mój los :)

Jak już padło hasło mobilizacja, to zamiast się wyspać przed akcją, pojawiłem się w piątek w nocy pod wskazaną noclegową miejscówką, dobrze, że koniuszy nie spał i otworzył naszą hacjendę ;). Później się okazało, że byłem pierwszy na kordach. Moi towarzysze niedoli, czyli Jed team i SlaMar78, też się zaraz pojawili, no i zamiast lulu, to jakieś owny, przeplatane rozmowami, umiliły nam czas prawie do rana.

Wołki nas o świcie obudziły, pamiątkowa fota do kolejnego own-albumu, już na dobre przejrzałem na oczy, staty rosły, a i ekipa coraz większa się zbierała, znaczy się Nannette z Doctorkiem głosić będą zaraz ewangelię. W kuluarach już od kilku dni krążyły plotki o nowych skrzynkach, nawet zmieniająca się eventowa flaga zdawała się mnie zdecydowanie przestrzegać przed nadchodzącymi wydarzeniami, ale cóż, słowo się rzekło – kobyłka u płota :). W końcu wybiła godzina zero, Atena zgrabnym ruchem ręki uchyliła rąbka skrywanej za projektową flagą tajemnicy, Herr Nadleśniczy wszystkich ciepło przywitał i jednocześnie uprzedził, że do lasu koniom mechanicznym wstęp wzbroniony, my zaś w tym czasie w naszej hacjendzie zaczęliśmy już ciągnąć gpxy. O kurna, sto na liczniku, szczena opadła, do wieczora raczej tego nie zrobimy :). Gdy tylko pojawił się zaspany 5nip3r z obiecaną papierową szachownicą, bomba poszła w górę, i wio naszymi rumakami na parking nr 13. Ekip było co niemiara, w eterze unosił się nastrój FTF-owej gonitwy, a my sprawnie dosiedliśmy naszych zgrabnych, aczkolwiek zgrzytających ogierów i dawaj dalej pedałować do lasu. W tym miejscu dla niewtajemniczonych nadmienić pragnę, że te wszystkie stajenne analogie są wyrazem mej wdzięczności dla klubu jeździeckiego ”Joker”, który nas w tym roku eventowo ugościł.

Pierwszą przeszkodą w tej gonitwie okazał się Filok. Już dojście z ogierami „pod pachą” ( czytaj: pchanymi przez zwały pieruńsko bujnej kępiastej trawy), był niezłą gimnastyką, a i z Filokiem też chwilę zeszło. SlaMar78 szybko wywąchał co rubin miał na myśli i po chwili naszym oczom ukazał się pierwszy FTF. Z odnalezieniem certyfikatu nie było problemu, gorzej ze znalezieniem logbooka, Ci co tam byli wiedzą dlaczego :). Kolejna skrzynka i kolejne pchanie bicyklet przez te trawska, nie tak sobie te pomykanie na rowerkach wyobrażałem, na szczęście trudy dojścia pod kesza z rumakami „na placach”, osłodził nam kolejny FTF. Jak się później okazało z tymi kordami startowymi Gorola, hanys Doc coś zakombinował, ale nam poszło jak po maśle wedle pierwszego zamysłu, być może w błogiej niewiedzy :). Kolejny kesz Fajrant kusił zachęcająco, lecz nam na odpoczynek jeszcze było nie nada. Jed team dopadł kolejnego FTF-a, szybkie skrobnięcie nicków w logbooku i hajda na koń. Wreszcie trafił się kawałek drogi, szybko pojawił się też wiatr we włosach, a odległość do kolejnego kesza zaczęła wartko topnieć. Trochę szukania spoilerowego Karminadla było, na szczęście SlaMar78 nie za dużo zjadł na śniadanie, więc miał największą motywację na małe co nieco. Poprzez Kadłubek dotarliśmy pod Brele, a że bagienko w drodze do kesza tak się do mnie zachęcająco uśmiechało to skorzystałem z zaproszenia. Teraz już wyglądałem jak człowiek lasu, cywilizacja została daleko w tyle, chłopaki się ze mnie śmiali, a już kilka keszy dalej wszyscy byliśmy równo udekorowani mieniącymi się odcieniami jesiennego ślunskiego błota. Potem pękła Halba, na szczęście, wbrew temu o co nas podejrzewają kolejni „zawiedzeni” zdobywcy, zawartość była pusta, bo byśmy wyglądali jak te łochlaptusy. Gdy tylko zgrzytające rumaki wyniuchały asfalt to miast z finałową Heksą, zbrataliśmy się nomen omen właśnie z Łochlaptusem. Rześkość ślunskiego luftu tak nam zakręciła w głowie, że jedynie finał rzeczonego znaleźliśmy. Rumaki zostały przywołane do porządku i grzecznie z górki po Heksę. Tak mi się okolice startu Heksy podobały, że zostawiłem zielone, jak się później okazało był to sam środek Rezerwatu Przyrody Las Murckowski. Dalej pieruńsko naokoło do Fojery. FTF-owe „ściganie” zakończyło się wspólnym wpisem z martuś, krusią i r00t7-em. To już dziesiąty kesz i zarazem dziesiąty FTF dzisiejszego ranka :). Widząc z daleka Hołdę, nasze zmęczone rumaki poprosiły o chwilę wytchnienia, zostawiliśmy je więc u podnóża na uwięzi, sami zaś oddaliliśmy się w gąszcz wielu kolejnych malowniczych etapów dość męczącego, ale za to bogatego widokowo Mariosowego multaczka. A że Hołda była czorna jak ta ślunsko ziemia, to i ją też udekorowałem na zielono :). Gdy później po drodze trafiał się jakiś multak, to lekko zmęczeni modliliśmy się, żeby tylko nie Mariosi. Na szczęście multakową pałeczkę w większości kolejnych przypadków przejęła Atena, już przy nich takiego ganiania za kolejnymi etapami nie było, ale i tak miały swój „klimacik”, tyle, że w innym wymiarze ;).

Nie sposób tu o każdym zdobytym keszu wspomnieć. Z tego co pamiętam zaskoczyła nas Żymła, my już trocha głodni przy tej krzince byli, lecz niestety kolejni keszerzy deptali nam po piętach, więc nie było zbyt dużo czasu by żymłę wszamać . Kaflok powalił nas swoim rozmiarem. Uwolniliśmy kilka krecików, bo się zbyt głośno kłóciły, a przecież nie w naszym to interesie leżało, żeby kolejnym ekipom było zbyt łatwo ;). W międzyczasie niebo zaniosło się równą połacią mrocznych chmur, pojawiły się pierwsze krople tym razem nie potu na czole, a nam przed oczami stanęła Ruła. Jak się później okazało niejedna ruła ma ruła na imię i w poszukiwaniu tej właściwej okolicę zwiedziliśmy baaaaardzo dokładnie. Ślunski luft by Nannette się podobał, chodzą słuchy, że bez problemu można onego tutaj „ w powietrzu” zobaczyć, no i gdzieś w tej nawiedzonej okolicy trafiliśmy jaszcze na Umarloka. Wyglądał jak prawdziwy, ciekawe, w którym prosektorium Doc dorabia po godzinach ;). To bliskie spotkanie trzeba było uwiecznić na kliszy, prawie kolejka do fotogenicznego Umarloka się ustawiła. Stalowe rumaki ponownie zwietrzyły asfalt i po kilku keszach przyjechaliśmy przywitać Miglanca. No niestety Tisiowy Miglanc nas w paciuloka załadowoł i latali my po tym lesie tam i nazad. Klopsztanga na wesoło w pomorsko-warszawsko-bieszczadzkiej ekipie, a że wiadomo zapach w takich miejscach bywa różny, więc nas Łysy poczęstował czymś neutralizująco-rozweselającym. Wiedziałem co to klop, wiedziałem co to sztanga, a teraz wiem również co to klopsztanga. Makaroniarz nas trochę przystopował, ale tylko dlatego, że inaczej pojęliśmy hasło przewodnie kesza czyli „Nawijosz mi nudle na dakle”, a wszystko bez ta ślunsko godka. Óma Szówarka przywitała nas za dnia, pożegnała po nocy, a jak się później okazało jednak tam gdzieś na nas czekała w ukryciu. Po tym keszu to zdecydowanie popieram składkę na Garmina dla Leśnika . Po kolejnych keszach szybko sunęliśmy Beskidzką w stronę parkingu nr 13, coś tam w deszczu po drodze dziabnęliśmy w mniejszej bądź większej grupie, a że plan był trzydzieści przed Fajrantem, więc padło na Forgottenowego Bindera. Sunąc asfaltem w jego w stronę, nagle jakaś barierka pojawiła się na drodze, rumak stanął dęba, a ja zaliczyłem fikołka sprawdzając głową twardość asfaltu. Oj twardy, krew się lała, ale trzydziesty zaliczony :). Pierwszy etap gonitwy za nami, chwila integracji przy Fajrantowym ognisku, suszenie ciuchów, kiełbaski i inne wynalazki poszły w ruch, wymiana doświadczeń tudzież innych hintów, a potem nazad do lasu na drugo zmiana.

Utopiec ostudził nasze rozpalone głowy, dopiero gdy spoiler poszedł w ruch wsparty telefonem do przyjaciela, kesz w końcu wynurzył się z mrocznej czeluści. A propos telefonów, to przez te trzy dni operatorzy wszystkich sieci nieźle zacierali rączki, minuty rozmów szybko nabijały kiesę komórkowym szalbiercom. Stu dzwoniących keszerów w lesie, to dla niejednego operatora łakomy kąsek ;). U nas w ekipie to SlaMar78 miał telefoniczny dyżur w mobilnym centrum dowodzenia. Czasami była to ostatnia deska ratunku, pół godziny szukania „pod kordami”, dawało nieraz popalić. Z Bombonami poszło sprawnie, taki miły akcent w środku lasu spowodował, że znowu powróciła chęć do keszowania. Nie na długo zresztą. Heft nas przyblokował na dłużej, jak stado dzików zryliśmy całą spoilerową nocą okolicę i na długo zapamiętam, że słowo heft to ma dwa znaczenia, szczególnie to drugie, żółte, utkwiło mi w pamięci ;). Opadająca mgła i krople deszczu akurat nieźle wpisały się w okolice kolejnej skrzynki. Kempa Byrki ugościła mnie nie pierwszym już dzisiaj bagienkiem, ale za to Cug, co to był wtedy jeszcze Gyszynkiem zatarł szybko niemiłe z poprzedniej skrzynki moczarowe wspomnienia. Takiej kolekcji, niczym w muzeum, to dawno nie widziałem i czasy dzieciństwa od razu stanęły mi przed oczami. Cug był ino tory gdzieś na złom wywieźli, więc znowu na rumaki i w las zdobywać kolejne literki projektowej przygody. Ta ślonsko godka to ma tyle słów podobnych, ale już teraz powoli rozróżniam co to cug, co anzug, a co arbajtancug. Szac i Libsta pozostawili naprawdę miłe wspomnienia. Bardzo fajnie po raz enty czytało się to ślunskie love story. Niestety ja nawet po polsku mam problemy ze zrozumieniem kto to szwagier teściowej, tudzież bratanek kuzynki zięcia, o wnuku stryjecznym nie wspominając. Gdy my ze SlaMarem78, czytając kolejny raz w deszczu jakże uroczą historyjkę, dalej nie mogliśmy się połapać w kolejności, Jed team wykazał się najlepszą zdolnością czytania ze zrozumieniem, uciszył nas podając jak się okazało w terenie, właściwe kordy. Znowu zielone poszło w ruch. Cycenhalter nas rozbroił, dobrze, że nie było z nami zwłaszcza tej młodszej części ekipy Jed teama. Jak się okazało na miejscu, ta frelka ma już nawet cichego wielbiciela, który na nią łypie bynajmniej nie ukradkiem . Czytając późniejsze logi, najbardziej spodobał mi się jeden wpis, Chestera: „Rubin jak to jest mikro to ja się zastanawiam co dla Ciebie jest rozmiar D?”. Mimo padającego deszczu i gęstniejącej mgły trafiając na Briefkastlę znowu na twarzy pojawił się uśmiech od ucha do ucha, nawet w planie miałem wysłać komuś kartkę ze ślunska , ale fantów było w środku sporo, więc pozdrowienia nie weszły. Północ na Chochlikowej poczcie minęła i znowu na dłużej przystopował nas jeden multaczek. Obwąchaliśmy całą finałową okolicą bardzo dokładnie, ale nic nam nie waniało. Tak mi wynikające z kordów miejsce ukrycia nie pasowało do Ateny, że uparcie zataczałem coraz większe kręgi, cały czas powtarzając sobie w myśli, że Atena to taka pobożna frelka, wszystkie krzyże na Śląsku okeszowała, więc zapewne by tu kesza na środku tej objawionej posesji nie posadziła, ino gdzieś dyskretnie dalej, na boku. Żal nam się zrobiło rumaków zostawionych kawałek dalej samotnie w lesie i po pół godzinie bezskutecznego deszczowego szukania odtrąbiliśmy odwrót do stajni. Wajzel mi mówił, że już pierwsza dawno minęła, więc nazad do „Jokera”.

W powrotnej drodze na parking nr 13 przypomniało nam się Fajrantowe ogniskowanie i dyskusja, że jest taki jeden typowo nocny kesz Byrna, co tam po ciemku świeci do Ciebie oczami, więc po raz kolejny mobilizacja i dawaj ponownie do lasu. Temperatura wody w butach już dawno się ustaliła, przyklejone do ciała bagienne spodnie całkiem przyjemnie grzały, zmęczenie gdzieś wyparowało i wtedy to już mógłbym tak keszować do samiuśkiego rana. Bardzo lubię takie oczonocne kesze, tu też mi się podobało, kolejny Cyklop kusił nas z daleka, a i zakończenie też ciekawie urozmaicone. Wracając po nocy z Byrny nieopodal zaświeciły na giepsie jak się później okazało zmultaczone tradycyjne Hicwele, więc je zgarnęliśmy na dobranoc . Druga w nocy, wystarczy na dzisiaj . Odwrót do bazy ostatecznie odtrąbiony. W domku nr 1 czekała nas jeszcze ostatnia czuwająca przedstawicielka komisji założycielskiej, więc tak z godzinkę jeszcze relacjonowaliśmy świeże z lasu nasze wrażenia. Był to też czas na dyskretne uzupełnienie płynów, a potem to już nagle wszystko zgasło.
 

Grande finale

Poranna mobilizacja trochę się przeciągała, walka z wyliczeniem Wica nieco nas przystopowała, ale ostatecznie koło dziewiątej wylądowaliśmy w lesie. Mając 45 skrzynek zdobytych pierwszego dnia, mimo, że z pewnym rozrzutem, to już mogliśmy wytypować miejsce ukrycia finału. Wstępne kordy były do ogarnięcia, ale z dwoma nie do końca wyznaczonymi wartościami ruszyliśmy jednak na podbój kolejnych literek. Zresztą plan był taki, żeby najpierw machnąć całą setkę, a dopiero później wio na finał. Tu słowa uznania należą się SlaMarowi78, który wczoraj sam się mianował dyżurnym skrybą i dzielnie notował w dzienniczku kolejne zdobywane finałowe literki.

Nieco zmęczone po poprzednim dniu mustangi zostawiliśmy jeszcze w keszowozie i ruszyliśmy z buta sprostać kolejnemu dniu na projekcie. Zaczęliśmy od kesza Penzyjo. Bardzo sympatyczna skrzynka na rozpoczęcie tym razem słonecznego dnia. Po przeczytaniu opisu znowu się musiałem na cały dzień przestawić na śląska godka. Przy Adlerze spotkaliśmy Art_Bi oraz Silenta A. Kolejna dawka czytania ze zrozumieniem po śląsku . Za dnia to nawet ciekawa zabawa, a jak się na miejscu okazało czasami cygaństwu warto zaufać . Na starcie Adlera trochę szukaliśmy jak opętani, nerwowy telefon na „górę”, a jednak wszystko było na kordach ino znaleźć nie mogliśmy. Cóż, dla FTF-ika to warto się trocha poszlajać po lesie. W poszerzonym składzie ruszyliśmy wyhaczać kolejne FTF-y, ostatnie, które się jeszcze ostały na Projekcie. Forsowanie rzeki było dla mnie i SlaMara78 dość wyczerpujące, za to reszta ekipy niczym w lektyce sięgnęła bezpiecznie suchą stopą drugiego brzegu. Nieskromnie dodam, że Silent A był najcięższy do przenoszenia, a po całej operacji zziajany leciałem do kolejnego kesza z nadzieją na rubinową Mineralwasser. Niestety, zero wody, tylko FTF dla osłody :). Szliśmy jak burza przez kolejne kesze, Dekiel się podobał, ciekawie ukryty start, a potem finał, który rzekomo mijaliśmy po drodze. Taka młoda godzina, a u mnie już pierwsze oznaki projektowej amnezji. Przy Kukloku, nieźle zresztą zamaskowanym w trawach, ostatnim wspólnym FTF-owym wpisem pożegnaliśmy opolsko-bielską ekipę, po czym przyszło nam znowu przesiąść się na mustangi.

Kaj je moja żić – to hasło najlepiej oddawało pierwsze rowerowe wrażenia ;). Śmigaliśmy dalej, a jak tak coś czułem, że mimo, że jesteśmy w lesie to bez Gruby się na Oberschlesien nie obędzie . Sam obiekt to istna perełka ślunskiej architektury. Cały czas jestem pod wrażeniem, to trzeba na własne oczy zobaczyć. Dobrze, że nie kazali zbyt głęboko fedrować do logbooka. Fedrowanie za to zaliczyliśmy przy Whateverowym Beboku, oj dokopaliśmy się głęboko, nawet jakieś stare szczewiki się nam trafiły na sam koniec fedrowania, dopiero potem od zadka dobyliśmy logbooka :). Bajtel, chłopak jak ta lala, co się go można w nocy przestraszyć, też nam gdzieś pomachał po drodze, minęliśmy też Fuzeklę autorstwa die69ohm, którą w trosce o kolejnych zdobywców jakiś keszer szybko po pierwszym dniu dowiesił i dzięki temu już wiem, że te rogi co tam na kordach wisiały to wcale nie były fuzekle, sic! Przyszedł kolejny esemes z „centrum dowodzenia” z zapytaniem jak nam idzie?, zwrotnie natomiast otrzymaliśmy wieści o leśnej „konkurencji”. Jednym słowem: powinniśmy czuć ich oddech na plecach. To nas tylko dodatkowo zmobilizowało, kolejna ekipa była ilościowo raptem kilka keszy za nami. Perspektywa finałowego FTF-a kolejny raz dodała nam skrzydeł. Mustangi sprawowały się nad wyraz dobrze, nasz rajdowy pilot Jed team tak sprawnie operował V-mapą, że bardzo przyjemnie było dzisiaj przemierzać rowerowo te leśne ostępy, wszystko szło jak z płatka, dopiero z monotonii wpisów do kolejnych logbooków wyrwał nas Fazan. Co to jest Fazan każdy hanys wie, my już teraz też wiemy i wiemy też, że Leśnik w trosce o naszą tężyznę fizyczną wszystkie płoty dookoła w poszukiwaniu pióra zalecił przemierzyć :). W drodze do jednego z kolejnych keszy przypomniałem sobie jak przy wczorajszym Fajrantowym ognisku Starlet się wymsknęło jedno magiczne słowo: nietoperz :).  Przynajmniej w tym jednym przypadku nie musieliśmy googlować śląskiej gwary przy zdobywaniu wiadomo jakiego kesza. A patencik całkiem, całkiem. Z Kneflem postanowiliśmy porachunki rozłożyć na dwa dni. Tak nam się te Agathy. guziczki spodobały, że zamierzaliśmy jeszcze do nich kolejnego dnia powrócić. Ot tak dla urozmaicenia monotonii pokonywania leśnych kilometrów. Gdy po nocy dopadliśmy asfaltu, Vitara zapraszała na obiad.

Póki co bilans dwóch dni leśnej walki wyglądał następująco: 75 zdobytych keszy. Wróble w eterze ćwierkały, że nie my jedni mamy chrapkę na dziewicze Grande Finale, więc nie namyślając się długo uwiązaliśmy mustangi do pobliskiego drzewa i po chwili sunęliśmy keszowozem w stronę wstępnie wyliczonych finałowych kordów. Dojeżdżając na miejsce, już z daleka widzieliśmy niejedną czołówkę szperającą nerwowo po nocy. Był zatem cień szansy, że jeszcze szukają. Jed team sprawnie operując keszowozem wjechał wprost pod nogi licznej ekipy szperaczy. Jeszcze nie znaleźli, uuuf, cóż za ulga. Wspólnymi siłami dopadliśmy wtedy jeszcze magnetico, a potem już tylko szpula do ukrytego nieopodal skarbu :).

Połączone siły trzech ekip pozwoliły zwieńczyć dzieło. Trochę szukania było, ale niech to pozostanie naszą słodką tajemnicą, nie będę psuł zabawy kolejnym zdobywcom. Radości i śmiechu było co niemiara gdy naszym oczom ukazał się skarb, TEN SKARB . Huuuuraaaaaa finałowy FTF zdobyty . Oberschlesischen szampan poszedł w ruch, mały poczęstunek fantami, pamiątkowa fota na dokładkę. Skład zwycięskiej ekipy tworzyli alfabetycznie: Kika, Reneee, art_noise, Chester, Jed team, SlaMar78, wuzet i freney. Miejsce mega urokliwe, świetnie pasujące na finał tego Wielkiego Projektu. Nadmienię tu jednak nieśmiało, że organizatorzy stanęli w pełni na wysokości zadania zapewniając dodatkowo skarbowi całodobową ochronę ;) My z panami w czerni w strefie 51 sobie nie pogadaliśmy, ale za to reszta ekipy umiliła im czas aż z nawiązką.

Nas czas naglił, zbliżała się druga zmiana, więc delektując się ostatnimi chwilami zwycięstwa oddaliliśmy się do keszowozu by dokończyć te 25 brakujących nam do kompletu keszy. Kolejny raz parking nr 13 pojawił się na naszej drodze. Noc ciemna w najlepsze jakoś nie ułatwiała zadania i głównie za moją namową postanowiliśmy dziabnąć kolejne kesze tym razem z keszowozu, wbrew oficjalnie dozwolonym regułom. Szło całkiem gładko, Aszymbecher pyk, Harboły pyk, Obalone pyk, ale nazwa tego ostatniego kesza początkowo z czymś innym mi się kojarzyła ;). Kolejno wpadł nam w ręce wielki słownik ślunsko-polski, nawet go miałem w planie dyskretnie zajumać, lecz w trosce o kolejnych zdobywców Ślabikorza, porzuciłem jednak me niecne plany, a cały ten kolejny Rajzyfiber to jam miałem dwa dni przed przyjazdem. Podejrzanie szybko odciskaliśmy swój ślad w kolejnych logbookach, coś się musiało wydarzyć, coś wisiało w powietrzu. Błotnisty podjazd do Kajś tam schowanej kany przystopował rumaka. Czteronożny napęd się zbojkotował, próbowaliśmy z rozpędu po błocie wjechać pod górkę, na nasyp, na szczęście bez sukcesu, bo była duża szansa na zażycie kąpieli w płynącej po drugiej stronie wału Mlecznej rzece. Duży huk, który z nienacka usłyszeliśmy dobitnie świadczył, że rumak się ostatecznie rozłożył na drodze :(. Pod keszowozem leżał oberwany wał napędowy, jednym słowem koniec zabawy na dzisiaj, teraz się zacznie walka o bezpieczny powrót na bazę. Palmę pierwszeństwa w projektowych holowaniach niezagrożenie dzierżył w garści art_noise, więc gdy mu tylko zdaliśmy relację z zaistniałej sytuacji, poświęcił się kolejny raz i po nas podjechał. Leśnik, który był w ekipie ratunkowej tak podsumował naszą przygodę: „las Was ukarał”. Cała prawda. Złamaliśmy ogólnie przyjęte reguły i szybko przyszło nam za to zapłacić. Ano tak już ten świat jest skonstruowany, bierzesz co chcesz i płacisz, nie ma tu żadnej drogi na skróty. Prawo karmy prędzej czy później Cię dopadnie. Nas dopadło po godzinie.

Niespodziewane wiwaty jakie nas spotkały po doholowaniu rumaka na bazę pozwoliły szybko dać upust emocjom. Powoli opadała z nas zasłona zmęczenia, przyjęliśmy oficjalne gratulacje ;), a Jed team w naszym imieniu przeprosił Leśnika, było nam po prostu wstyd, że wjechaliśmy keszowozem do lasu. Wieczorno-nocne ogniskowe pogaduchy to były najprzyjemniejsze chwile po całym dniu w akcji. Przy ogniu wszyscy ćwierkali dookoła co tam w lesie piszczy, ale szczególnie dociekliwy był taki jeden ćwierkający wróbelek. Zdradzę Wam, że na przestrzeni ostatniego roku pojawił się nowy zmutowany gatunek, tzw. wróbel bieszczadzki i ten to wróbelek cały czas dociekał jak to jest możliwe, że akurat w tym samym czasie niby przypadkowo, też się pojawiliśmy na finale projektu. Dziwię się jego zdziwieniu, przecież wszem i wobec wiadomo, że nie ma przypadków, a że las jest mały to ćwierkanie wszystkich zaangażowanych w to całe zamieszanie wróbelków niosło się echem w eterze, więc i do nas doleciało :). Oj strasznie gadatliwe te leśne wróble są ;). W tym towarzystwie to żadna leśna tajemnica raczej się nie uchowa :). Przy ogniu próbowałem się jeszcze dowiedzieć co to dokładnie jest Dings, a co Wichajster, niestety nikt mi nie potrafił wytłumaczyć tej różnicy. Na dobranoc przyszło mi jeszcze zdobyć przewidzianego na żyletki owna, a potem już tylko lulu i spać.

The Day After

Gdy wracaliśmy z warsztatu, w którym w oczekiwaniu na naprawę spoczął zepsuty rumak, zdobyliśmy bodajże jedynego oficjalnego drive-ina, stąd też pewnie jego okrągły numer OS # 100, żeby każdy keszer wiedział, że to jest ten jedyny na całym projekcie rodzynek. SlaMar78, główny notariusz w naszej ekipie meldował, że zostało nam raptem kilkanaście keszy do ukończenia projektu, więc wszystko wydawało się realne jeszcze przed zapadnięciem zmroku. Wiele kolejnych keszy przysporzyło nam sporo radochy, tym bardziej, że zdobywanych po jasności. W lesie spotykaliśmy równie radosnych i zmęczonych zarazem keszerów, napotkane po drodze multaczki robiliśmy od strzału, jednym słowem pełna keszerska sielanka. To nic, że jakaś rzeczka stanęła nam okoniem na drodze, to nic, że za każdym razem dosiadając roweru zmuszałem się by pokonać początkowy ból, wiadomo czego ;), naprawdę nic już nam nie było w stanie zepsuć wzniosłego nastroju. Jedyną niedogodnością był spory rozrzut niektórych brakujących do kompletu keszy. Po kolei skreślaliśmy z mapy pozostałe niedobitki, przyszedł też czas zmierzyć się z ostatnimi trzema skrzynkami, tymi właśnie, z którymi mieliśmy z poprzednich dni małe porachunki.

Dzień się znowu chylił ku końcowi, gdy zmierzaliśmy w stronę skrzynki Woniać. Po drodze spotkaliśmy kilkunastoosobową ekipę, która potwierdziła, że kesz ma się dobrze, pozostało nam więc znaleźć tego pierwszego niedobitka. Jed team wykazał się najlepszym nosem do niuchania i mimo, że ładnie skitrany to po chwili logbook był nasz. Na kolejny ogień poszedł Wic. Ło kurna jak daleko, wczoraj tam bardzo blisko byliśmy. Znowu oddaliśmy się w pełni przyjemności nocnego rowerowego brylowania mocno błotnistymi przecinkami w drodze do tego kesza. Kolejne skrobnięcie w logbooku i łostał się jeszcze tylko jeden Knefel na sam koniec. Jako, że pomroczność jasna dopadła nas wczoraj przy tym keszu, więc z pewną taką nieśmiałością sunęliśmy dzisiaj ponownie w jego stronę. Po krótkim zwiedzaniu okolicy BINGO, ostatni kesz na Oberschlesien Projekcie zdobyty. Gromkie huuuraaaa i niczym loża szyderców pokibicowaliśmy jeszcze kolejnej ekipie, która w międzyczasie wyłoniła się z mroku. Wiem, wiem, gdzieś tam w lesie uśmiecha się jeszcze skitrany przed nami projektowy mobilniak, ale to już będzie osobna historia.

Co Wom padom, to Wom padom, ale Wom padom. Miołech fest radocha kiej my bez trzi dni furgoli za krzinkami po tym ślunskim lesie :)

 
P.S. Serdeczne podziękowania dla Jed team i SlaMar78, kolegów z ekipy, z którymi los mnie zbratał na te trzy dni „walki o przetrwanie”, w takiej drużynie zdobywanie keszy to czysta przyjemność. Słowa wdzięczności lecą również do wszystkich założycieli skrzynek i organizatorów całego tego eventowo-projektowego zamieszania. No hanysy bardzo żeście się postarali, aby nam te trzy dni ładnie umilić. Piękny Projekt, wymuskane kesze, pełen szacun za Wasze zaangażowanie i za okazję do przygody ze ślunską godką. Wiekie dzięki także dla wszystkich napotkanych po drodze keszerów, leśna wymiana doświadczeń była bezcenna :).

Komentarzy: 4 .

  1. Doc with the dog pisze:

    Doktorek już się przyzwyczaił, że zawsze ktoś z „Ekipy Harpaganów” wszędzie jest pierwszy. Na finale, na geościeżce, nawet na blogu :D

    Fragment traktujący o finale w 100% oddaje klimat wyścigu po niego. Doktorek coś o tym wie, bo „zupełnie przypadkiem”, wraz z Tiśeverami, był jego świadkiem. I choć na koordach byli sami zdobywcy, Doc potrafi sobie wyobrazić co tam się działo ;)

  2. SlaMar78 pisze:

    Dzięki freney za tę relację z naszych zmagań z projektem. Rewelacyjnie opowiedziana przygoda, aż miło się ją czyta. Chciałbym również podziękować Tobie i Jed teamowi (czyt. Danielowi) za wspólnie spędzone 3 dni na projekcie. 3 dni pełne poświęceń i wyrzeczeń, 3 dni spędzone w biegu, w pogoni za kolejnymi skrzynkami w dążeniu do odnalezienia Finału – „Grande Finale”. Zmagaliśmy się ze swoimi słabościami, pogodą i zróżnicowanym terenem. Nie poddaliśmy się, wytrwaliśmy do końca i jako jedyni ukończyliśmy projekt Oberschlesien podczas weekendu ID 2013. Wielkie dzięki dla Was i wszystkich założycieli skrzynek. Było super.

  3. Whatever pisze:

    Pięknie napisane :)
    Za każdym razem w lesie teraz szukam pozostałości po śladach rowerów ;-)

  4. atena.pl pisze:

    Aż mi wstyd, że dopiero teraz to wszystko czytam. Chylę czoła dla pierwszych zdobywców finału i jeszcze raz wielkie gratulacje.
    Ale się @freney rozpisał jakby przynajmniej cały rok życia na OeSie zostawił:P

Dodaj komentarz


Możesz dołączyć zdjęcie do komentarza klikając tutaj.

OC

OpenCaching w Polsce

STRONA GŁÓWNA | FORUM | ABC GEOCACHINGU