Projekt PL w weekend
, 31 lipca 2013

W życiu, powtarzam w życiu nie dostałem tak w dupę jak przez ten weekend. Człowiek ma urlop i marzy o tym, żeby wrócić do pracy:). Mój licznik rowerowy wskazywał na koniec 177.40 kilometry. A ile oprócz tego przeszliśmy na piechotę, ile kilometrów targaliśmy rowery na plecach idąc na azymut to już wolę nie myśleć. A chciałem zaznaczyć, że granicami mini-Polski jest niewiele ponad 50 km… Z resztą kto był na PLce ten wie, że 100 km tam to 5 razy tyle gdzie indziej. Tak czy inaczej już nic nigdy po tym wyjeździe nie będzie takie samo:). Jakkolwiek by brzmieć to nie miało. Dupsko w kształcie siodełka, morda czerwona. Bałem się, że po powrocie Żona wyrzuci mnie z domu bo pomyśli, że wcale tam nie keszowałem;). Ogólnie postarzałem i zdziadziałem o dwa razy:).

Dzień pierwszy

Wyjazd o 15:00 z Łodzi. Montowanie bagażnika rowerowego chałupniczą i dorabianą metodą – jak nie kijem go to pałką. Najważniejsze, że działał. I to jak! Po drodze zgarnięcie Skyqena ze stacji przy Piotrkowie Trybunalskim i dalej w drogę. Przyjazd o 17:30 do Schroniska w Pawełkach. Postanowiliśmy zajechać mimo że wiedzieliśmy, że nie ma już wolnych pokoi. Jakie było nasze zdziwienie jak okazało się, że są! Na kwaterze ogarnięcie się i wyjazd w teren o 18:30. Niecałe 25 km czyli mała rozgrzewka, powrót do bazy wypadowej i wypad w teren na nocniki. 12 keszy zgarnięte pierwszego dnia. Hit dnia? Kanał Mazurski! REWELACJA! Mimo, że kesz nie do końca wypalił, bo nadaje się do serwisu, ponieważ nie wszystko zaprażyło tak jak powinno, to w miejscach gdzie zadziałało to, co zadziałać miało, to wrażenie piorunujące. Technicznie najbardziej rozwinięty kesz z jakim mieliśmy doczynienia.
Zasypianie oczywiście przy piwku zakupionym w Pawełkowskim barze (Pani ekspedientka stwierdziła, że my to już chyba tu byliśmy, więc chyba Keszerzy są już tam trochę kojarzeni;). A jeżeli nie Keszerzy to niezidentyfikowane obiekty w moraczach) oraz przy dziwnych tematach ciętych pępowin i odkopywaniu trumien przed 2:00 w nocy. Pobudka 5:01 rano. A czemu nie o 5:00? Bo tydzień wcześniej Budget był z Nefrytem na WLKPtej! i tam wstawali właśnie o 5:00 i stąd taki uraz;).

Dzień drugi

Esesman Budget funduje pobudkę. Masakra. Skyqen tak zrypany, że myśleliśmy, że umarł bo nic nie było w stanie go obudzić:). Na trasie pękło ponad 5 litrów wszystkiego co w jakikolwiek sposób nadaje się do picia. Pęknięta dętka yoshio przy uzupełnieniu Katowic. Wpieprzanie wszystkiego co się da wszystkim czym się da. Zgarnięte trochę ponad 50 skrzynek. Przy ostatniej powrót do domu prawie 30 kilosów. Odległość po takim dniu zabija. Tym bardziej, że nie dawało rady zmienić przerzutki bo spadał łańcuch… Generalnie po jakimś czasie błagałem o jakieś urbexy byle tylko schować się gdzieś przed tym lasem:). A w sumie jedyny urbexowy kesz jaki się pojawił na PLce zafundował nam taki standard i tak gościnnie nas przyjął, że myślałem że znalazłem się co najmniej w Sheratonie… Uczta jaka tam była – niebo w gębie. Klimatyzacja, krzesełka. Lokal cud malina:). W bazie byliśmy po 23. Nie zdążyłem wypić browara bo zasnąłem w połowie butelki…

Dzień trzeci

I to już był koszmar… Jak trąbiły rozgłośnie radiowe, miał to być najgorętszy dzień roku i ogólnie temperatura taka, że biały człowiek powinien w tym czasie siedzieć wszędzie tylko nie tam. Patelnia nieprawdopodobna, a i trasa średnia, bo ścieżki piaszczyste. Takie typowo morskie i wydmowe. No i w sumie nie ma się co dziwić, bo keszowaliśmy na północy Polski.
Gestapo Budget znów budził nas w nietypowy sposób. Złapał go taki katar, że jak dmuchał nos, to chyba ludzie z okolicy się zbiegli, bo myśleli, że to syrena alarmowa dudniąca na pożar. A mnie ten odgłos kojarzył się z takimi tubami jakie były w filmie „Władca Pierścieni”, kiedy odbywał się atak na miasto… Wczorajsze, niedopite piwko było tym, co przywróciło mi głos. Pakowanie i w teren. I znów od 7 do 20 w siodle. Generalnie tam, gdzie usiadłem, tam zasypiałem.

Wszystko było wygodne. Trawa, chodnik, ścieżka, kamienie przy torach, same tory, piasek, żwir… 6,5 litra wypite. Na jedzenie nie było czasu. Poważna usterka rowerowa Skyqena. Gościnni ludzie, którzy przyjęli nas na swoje podwórko, zaoferowali narzędzia dzięki którym udało nam się naprawić koło. W sumie defekt Skyqenowskiego roweru cieszył bo można było kimać. Później było jeszcze gorzej… Przy keszu „Jastarnia” umierałem, więc nie poszedłem z chłopakami. Dali mi całą godzinę na sen, bo właśnie mniej więcej tyle ich nie było. Później żałowałem, że nie poszedłem z nimi, bo historiam jaka ich tam spotkała była przednia, a kiedy jej słuchałem płakałem ze śmiechu!


Między 1 a 2 finałem przeciążeniowa kontuzja kolana i reszta dokończona na najniższej przerzutce. Choć i tak już pod koniec ledwo i na tej dawałem radę. Chciały mnie mendy zostawić w lesie jakbym nie dał rady pedałować;). Zostawić GPSa i sobie radź. Ale trzeba było się zmusić. Nie po to człowiek dyma naście dziesiątek kilometrów, żeby nie zobaczyć finałów! A pisząc tekst mam kolano tak opuchnięte, że nadaje się na profilowe na Facebooka;).
Po 20 byliśmy po wszystkim. Finały MEGA!!! Stare, piękne, dobre OC w najczystszej postaci! A szczerze to takich gigantów z taką ilością fantów jeszcze nie dane mi było odnaleźć:).
Powrót do samochodu. Mocowanie rowerów i… pękła śruba od bagażnika rowerowego! Prawdopodobnie będziemy wracać w 4 chłopa w aucie plus rower… Na szczęście śruba pozyskana od autochtona okazała się zbawienna. Wracamy. Cali i zdrowi choć nieprawdopodobnie obolali, pogryzieni, obdrapani. Jak to dobrze, że mam urlop… Skyqen też wolne. Yoshio na popołudnie do pracym ale Budget… Na 8:00 do roboty. Respekt:)…

Podsumowując

To nie było zgarnianie keszy i relaksujące keszobranie. To była gonitwa. Masakra i rzeźnia. Grabienie tego w takim tempie gwarantuje odwodnienie organizmu, straty moralne i psychiczne defekty. Jeżeli jeszcze raz od kogoś usłyszę, że PLkę można zgarnąć w jeden dzień to chyba zabiję! Więc powtarzam – TO JEST NIEWYKONALNE! Nawet czołgiem i śmigłowcem! 36 godzin keszowania bo tyle nam wyszło nijak nie daje 24 godzin dobowych. Byliśmy w 4 chłopa! Może nie super doświadczeni, nie super czołowi na Polskim OC czy super kojarzeni ale na pewno nie początkujące placki. Każdy z nas miał kilka tych keszy znalezionych więc samo szukanie szło sprawnie (choć kilka dało się we znaki i to bardzo. Między innymi Łeba). Ale dojazd do kesza czy najbliższej ścieżki i walenie czasem od 50 metrów, a w dwóch przypadkach prawie po 500 metrów bo dojazd nijak był możliwy, było wyczerpujące. Plus 35 stopniowe upały… W cieniu! W słońcu wolę nie myśleć ale pewnie ponad 60… Sklepów tyle co nic (a swoją drogą miny ludzi siedzących pod sklepami i słuchających naszych rozmów – To gdzie teraz jedziemy? No najpierw Kołobrzeg, Mielno i Darłowo – Bezcenne:)).
Rozmowy o Bearu Gryllsie prowadzone na wszelki wypadek zapewnę zostaną w pamięci na długo. Jak wypatroszyć węża by zrobić z niego bukłak na wodę, co zrobić, gdy skończy nam się woda… A właśnie z czego w ostateczności pozyskiwać coś do picia? Mocz? Nieeeee… To już przeżytek! Teraz trzeba wkładać wodery yoshio i po kolei wypacać co się da. Następnie dzielimy między siebie to, co zostało na dnie gumiaków:). Śmieszne? Obrzydliwe? Teraz dla mnie też, ale wierzcie lub nie, ale w takich warunkach pojawiają się i takie pomysły:)…
No i trzeba liczyć się z tym, że prawdopodobnie przyjdzie moment, że pojawi się Wam nowa jednostka odległości. „W chu…!” To mniej więcej 10 kilometrów w linii prostej czyli około 15 kilometrów po leśnych, piaszczystych i zakrzaczonych drogach. Choć i czasem „W chu…!” Może oznaczać nawet 100 metrów…

Cztery dni na Projekt, plus piąty na finały i ewentualne uzupełnienia powinno być takim wariantem optymalnym. Jednak daliśmy radę choć gdyby nie chłopaki i ich motywacje nie zgarnąłbym nawet połowy. Powiem więcej. Nawet jakbym miał wszystkie dane do finału to prawdopodobnie był odpuścił gdybym był sam. Ale od tego jest ekipa:). Ba – pierwsza z Łodzi jaka ruszyła na Projekt:). Nefryt był sam dlatego nie wliczam go w ekipę tylko w samotnego jeźdźca;). Akurat tutaj trafiła się bardzo zgrana drużyna:). Gestapo Budget, nawigator Skyqen, człowiek organizacja Yoshio i piąta kolumna morrison – Daliśmy radę:)! A pomyśleć, że na początku wraz z Yoshio rozważaliśmy zdobywanie PLki na piechotę z plecakami, namiotami i ogólnie pełnym rynsztunkiem… Plus przydałby się do tego zapewne 30 kilogramowy wózek z mapami bo maszerować od kesza do kesza byłoby w takich warunkach zabójcze. Tym bardziej, że nie dysponowalibyśmy Garminami tylko lokalizatorami. A jak każda droga na azymut miałaby wyglądać tak jak przedzieranie się do „Puszczy Rominickiej” to czuję, że zgarnęlibyśmy około 20 skrzynek. Rowery na plecach, plecaki, bagna, chaszcze i krzaki, wpaść po kolana w nieprawdopodobne błoto… Ech… Nigdy, nigdy, nigdy więcej:)

Dziękuję za Projekt!

Było to cholerne wyzwanie, sprawdzenie się w naprawdę ciężkich i wyczerpujących warunkach. Choć przeżywać tego ponownie już w życiu bym nie chciał:)… „Ajlowka” będzie robiona w tydzień:). I to pewnie dopiero w najlepszym razie za rok:).
Filmów masa, niestety ze względu na niepartykularny język nie nadają się do zamieszczenia na żadnym portalu, ale poziom przekleństw w niektórych miejscach utrzymany jest mniej więcej na poziomie „Psów” Pasikowskiego;). Ale kilka scen, dialogów, czy cytatów wejdzie już na zawsze w słownik naszych kultowych powiedzeń niczym cytaty z „Misia” czy „Rejsu”:). Zdjęcia już znacznie bardziej nadają się do publikacji:).
I jeszcze jedno. Sudocrem to cudowny wynalazek;). Jakie jeszcze spostrzeżenia? Herbatniki, suchary i czekolada (nawet po terminie;)) ratują życie! Mielonka? Paprykarz? Czegoś tak pysznego dawno nie jadłem! A herbata? Ciepła z rana to dar od Boga!
Powodzenia dla przyszłych Poszukiwaczy i chętnych na zdobycie mini-Polski! Udanych przygód i podobnych wrażeń jakie mieliśmy i my. Poszczególne kesze i pomysły na maskowania, Finały, przejścia jakie mieliśmy, piękne widoki, przyroda i napotkane zwierzęta, owocowe malinowo-jagodowe lasy. Cudo! Ogólnie wrażeń moc! Tam trzeba być i ten projekt zaliczyć! Ja wiem, że historie na temat tej wyprawy jakie będziemy opowiadać naszym Synom będą przekazywane dalej z pokolenia na pokolenie:)…

Komentarzy: 7 .

  1. dags pisze:

    GRATULUJE :) i fakt PLka to wspomnienia do końca życia i nic juz nie jest takie samo :)

  2. yoshio pisze:

    Dzięki zgranej paczce Projekt PL stał się rzeczywistością. Zawsze pozostawał w sferze marzeń, nie sądziłem, że kiedykolwiek przyjdzie mi się z nim zmierzyć, a na pewno nie tak szybko (minął raptem rok od rozpoczęcia mojej przygody z OC). Przed wyprawą pojawiło się wiele wątpliwości, czy na pewno uda nam się to zrobić? Tak mało czasu było na ogarnięcie całości, byłem pewny, że nie damy rady. Tym bardziej, kiedy z zakładanych jednego dnia 60 skrzynek udało nam się zgarnąć niecałe 50… To i tak wielki sukces. W środku lata niektóre miejsca dosłownie przypominały Kambodżę (dobrze, że w porze suchej, bo w deszczowej popłynęlibyśmy hen dalekooo). Chociaż z drugiej strony trochę deszczu miałoby wpływ ożywczy, bo niektóre skrzynki przyszło nam zgarniać w pełnym słońcu w najgorętszy chyba dzień całego lata. Ba, całego roku!
    Nie zapomnę do końca życia miny budgeta, kiedy okazało się, że kopaliśmy w złym miejscu (a dół miał już rozmiary krateru po uderzeniu meteorytu) w poszukiwaniu skrzynki, a tymczasem przeniosłem się w inne miejsce i wystarczyły dosłownie 3 ruchy saperką, żeby dał się słyszeć głuchy odgłos uderzenia o deski maskowania…
    -I co, jest?!
    -Jest…
    -Sku***syny!
    Ale rzekł to z uśmiechem na ustach, a ja miałem z tego tak dużą pompę, że do dziś się śmieję na samo wspomnienie. Woda znaleziona w środku uratowała nam życie…
    Właściwie to robiłem tam za fotoreportera. Zostawałem z tyłu, a to tylko dlatego, że musiałem zrobić dokładną dokumentację fotograficzną skrzynki i jej otoczenia (ja po prostu tak mam). Potem nadrabiałem nieco rowerowo. Chociaż często było tak, że kiedy doganiałem chłopaków, oni już wpisywali się do logbooka. A czasem siadałem i przyglądałem się, jak szukają skrzynki, kiedy nagle rzut oka na dziwnie wyglądający obiekt (bez patyka nie podchodź!) i… jest! Znalazłem! A raz wysłali mnie w pole (wokół żadnych drzew, żar leje się z nieba), szukam, szukam, i… o w mordę! Ale się wystraszyłem! A tam jeż. A w jeżu kesz.
    Tak jak napisał morrison, gdyby nie garminy chłopaków, PPL trwałby co najmniej 2 razy dłużej. I zrobilibyśmy dwa razy taki dystans na rowerach. Prawdziwa szkoła przetrwania byłaby, gdybyśmy musieli koczować w namiotach. Tego na szczęście udało się uniknąć.
    Styrany byłem na maxa, do dziś leczę skutki odwodnienia, ale już nie mogę się doczekać kolejnych projektów: I Lovki, WLKP, czy choćby Punktu G.
    Szacun dla Założycieli! Nawet nie wyobrażam sobie ile pracy musiało to ich kosztować…
    Mam nadzieję, że znajdę wkrótce trochę czasu, żeby pologować PPL.

  3. tboniasty pisze:

    Myślę, że na dobrym enduro, da się projekt zamknąć w 24h ;-)

    • yoshio pisze:

      myślę, że pochlastałbym się tępym nożem do mielonki, jakbym musiał ciągać ze sobą jeszcze ciężki motor…
      niektóre kesze są tak wybitnie niedostępne czemukolwiek, co ma koła, że tylko na nogach da radę.
      z drugiej strony skraca się czas na podróż pomiędzy poszczególnymi punktami.
      kto wie?

  4. atena.pl pisze:

    Kurcze chłopaki mam pietra :) Za parę godzin odpalamy i bez finałów nie wracamy :)

  5. 10zer pisze:

    3 dni + rower samemu czy jest to możliwe ? :) a może ktoś będzie również realizował go w weekend majowy ? :) Czekam na info. Pozdrawiam

Dodaj komentarz


Możesz dołączyć zdjęcie do komentarza klikając tutaj.

OC

OpenCaching w Polsce

STRONA GŁÓWNA | FORUM | ABC GEOCACHINGU